0,00 zł

Brak produktów w koszyku.

Strona główna Blog Strona 239

Odpowiedź na „sprostowanie”

0

Redakcja miesięcznika „Świat Konsumenta” otrzymała pismo z CREDIT SUISSE LIFE & PENSIONS TOWARZYSTWO UBEZPIECZEÁ NA ŻYCIE SA, podpisane przez Dyrektora ds. Strategii i Marketingu. Autor prosi w nim o zamieszczenie sprostowania przygotowanego w CSL&P. Odnosi się ono do naszej (Federacji Konsumentów) interpretacji konstrukcji i szczegółowych zapisów ogólnych warunków ubezpieczenia o nazwie „Złoty Środek”. Ubezpieczenie to skonstruował jeszcze Winterthur. Nasz tekst został przedrukowany przez redakcję w 2002 r. pod tytułem „Gra o ubezpieczenie” w numerze lipcowo-sierpniowym.

Pozwalamy sobie odnieść się do uwag i wszystkich punktów „sprostowania”.

1. „W artykule „Gra o ubezpieczenia” (…) pojawił się szereg nieprawdziwych i nieścisłych informacji dotyczących produktu ubezpieczeniowego ZŁOTY ŚRODEK (…)”.

Definicja produktu mieści się w art. 449 § 2 kc: „Przez produkt rozumie się rzecz ruchomą, choćby została ona połączona z inną rzeczą. Za produkt uważa się także zwierzęta i energię elektryczną”. Ubezpieczenie jest „umową”, jednym ze „zobowiązań”, a nie „produktem”. Stosowanie w żargonie ubezpieczeniowym miana „produkt ubezpieczeniowy” ułatwia manipulację klientami. Słowo produkt łatwo kojarzy się z „uzyskiwaniem korzyści”. Przeciw używaniu tej metody akwizycji występował niedawno także Rzecznik Ubezpieczonych.

2. „(…) szereg nieścisłych informacji”

Przeczę. Zarzut nieścisłości może dotyczyć hipotetycznego przebiegu ubezpieczenia różnych grup klientów. Jednak antycypacja i zapisy ogólnych warunków ubezpieczenia upoważniają do wyprowadzenia wniosków zapisanych w „Grze o ubezpieczenia”. Samo prognozowanie przyszłości jest nierozerwalnie związane z ubezpieczeniami. Jest wręcz wymagane od „konstruktora” ubezpieczenia. Wyraźnym wynikiem takiej pracy jest zapis o dziesięcioletniej gwarancji utrzymania umowy (§ 27.5 owu ZŁOTY ŚRODEK). Przy prognozowaniu rozpatruje się więc pozytywne i negatywne opcje. Zobowiązany do prognozowania jest też interpretator umowy. Ubezpieczenia mają chronić przed ryzykiem. Stąd na osobie komentującej tekst umowy ubezpieczeniowej ciąży szczególny obowiązek zwrócenia uwagi adresata na okoliczności osłabiające ochronę czy wręcz rugujące ją. Interpretator nie może ograniczać się więc do kwestii oczywistych (wysokość składki, zakres pozytywny, wyłączenia, wykluczenia). Ma znajdować czynniki zewnętrzne zagrażające skuteczności ochrony i przestrzegać przed podatnością umowy na te choroby. Ostateczny efekt jego pracy zależeć będzie od przyjętej metody. W prezentacji powinien jednakowo wykazać zalety i wady umowy ubezpieczeniowej. Wydaje mi się, że moje starania o zaprezentowanie ZŁOTEGO ŚRODKA (łącznie z częścią wprowadzającą) oddają jego rzeczywisty obraz.

Punkt 1 „Sprostowania”

„Ogólne warunki ubezpieczenia ZŁOTY ŚRODEK zostały stworzone w oparciu o przepisy prawa polskiego i żaden z zapisów ogólnych warunków nie jest z nimi sprzeczny, zatem wszelkie sugestie o naruszeniu są całkowicie bezzasadne”.

Powyższe stwierdzenie jest w połowie prawdziwe.
– w § 8.2 owu ZŁOTY ŚRODEK zapisano: „W razie ujawnienia, że przy zawieraniu umowy ubezpieczenia Ubezpieczający bądź Ubezpieczony podał wiadomości nieprawdziwe, a w szczególności zatajona została choroba Ubezpieczonego, Winterthur w ciągu dwóch pierwszych lat okresu ubezpieczenia może wypowiedzieć umowę ze skutkiem natychmiastowym (…)”.
Ustawodawca ma na ten temat inny pogląd i zapisał go w art. 830 § 1 kc:
„Przy ubezpieczeniu osobowym ubezpieczający może wypowiedzieć umowę w każdym czasie z zachowaniem terminu określonego w ogólnych warunkach ubezpieczenia.”
Nie ma wątpliwości, że „ubezpieczenie życia” mieści się w zbiorze „ubezpieczenie osobowe” (art. 829 kc). Gdyby ustawodawca chciał wyposażyć ubezpieczyciela w prawo wypowiedzenia umowy, to sformułowałby przepis używając zwrotu „strony mogą wypowiedzieć umowę”.

Mamy więc pierwszy zapis sprzeczny z polskimi przepisami. Drugi przypadek naruszenia „polskich przepisów” mieści się w § 8.5 i pozostaje w związku z § 5.4 owu. Winterthur nadał mu następujące brzmienie:
„Koszty badania pokrywa Winterthur, chyba że nie doszło do zawarcia umowy z przyczyn leżących po stronie Ubezpieczającego lub Ubezpieczonego. W takim przypadku koszty badań są potrącane ze złożonej przez ubezpieczającego wpłaty.”
Należy zwrócić uwagę na użycie (w § 5.4 zdanie drugie owu) nazwy „wpłata ubezpieczającego” zamiast „składka”. Ta forma wypacza zapis ustawy o składce i przygotowuje wpisanie „potrącenia”. Następny element (w zdaniu pierwszym) to zwrot „z przyczyn leżących po stronie Ubezpieczającego”. Jak by go nie interpretować, pozostaje niezwykle obszerny. Mieszczą się tu swobodnie nie tylko przypadki autentycznej rezygnacji usługobiorcy, ale również odmowa zawarcia ubezpieczenia przez CREDIT SUISSE LIFE & PENSIONS TUnŻ SA (np. z chorym klientem).
Powyższy przepis należy skonfrontować z art. 6.3 ustawy ubezpieczeniowej:
„W ogólnych warunkach ubezpieczenia należy zastrzec możliwość odstąpienia od umowy ubezpieczenia przez ubezpieczającego w okresie 30 dni dla osób fizycznych (…); odstąpienie od umowy nie zwalnia ubezpieczającego z obowiązku opłacenia składki za okres, w jakim zakład ubezpieczeń udzielał ochrony ubezpieczeniowej.”
Ustawodawca dopuszcza potrącenie (z wpłaconej składki) należności za okres faktycznej ochrony (od doręczenia umowy do daty odstąpienia). Z oczywistych powodów brakuje uregulowania kwestii „kosztów wystawienia polisy”. Ustawodawca uznał koszty ponoszone przez każdą ze stron w procesie negocjacji za jej ryzyko finansowe. Jest ono nierozerwalnie związane z prowadzenia interesów. Tym samym brak jest podstaw do przerzucania tych kosztów na drugą stronę. Zapowiedź takiego obciążenia utrzymywana przez CREDIT SUISSE LIFE & PENSIONS musi zostać uznana za kolejne naruszenie polskich przepisów (ustawy ubezpieczeniowej).

Punkt 2 „Sprostowania”

„Wprowadzenie nowego pojęcia „beneficjenta wykupu polisy” jest tylko sformułowaniem językowym i nie ma wpływu na atrakcyjność warunków umowy ubezpieczenia”.

Przeczę. Uważam, że „beneficjent” został wprowadzony celowo i uatrakcyjnia ubezpieczenie. Mam wrażenie, że zaistniał w celu ułatwienia obrotu prawami wynikającymi z umowy ubezpieczenia. Popieram ten pomysł jako zgodny z teorią wolności umów. W artykule napomknąłem o nim właśnie z tego powodu.

Punkt 3 „Sprostowania”

„Krytykowana możliwość indeksacji składki i sumy ubezpieczenia lub samej tylko składki, jest atutem ZŁOTEGO ŚRODKA, który oferuje Klientom kilka opcji do wyboru. Klient wprawdzie musi zadecydować o sposobie indeksacji składki w momencie zawierania umowy, trudno jednak uznać ten fakt za negatywny dla klienta, kwestionowałoby to bowiem sens ustalania jakichkolwiek warunków umowy przy jej zawieraniu.”

Przeczę. Ideą „ubezpieczenia z funduszem inwestycyjnym” jest stworzenie klientowi warunków do jednoczesnego chronienia się, gromadzenia kapitału i korzystania z niego. W warunkach inflacji dodatkowym elementem utrzymującym ochronę na wybranym poziomie jest indeksacja. Zwiększając składkę o poziom inflacji ubezpieczony nominalnie podwyższa sumę ubezpieczenia. Realnie pozostaje ona na tym samym poziomie (kwota wypłacana w razie śmierci zachowuje swoją silę nabywczą). Klient który okazyjnie dysponuje nadwyżką gotówki może ją zainwestować za pośrednictwem zakładu ubezpieczeniowego. Do tego celu służą składki dodatkowe. Wpłacanie ich nie jest obowiązkowe, nie muszą być regularne i mogą różnić się wielkościami. Dokładnie precyzuje to sam Winterthur w § 17.6, zdanie drugie. Klient zachowuje więc wolność „do” i „od” inwestowania. Na tym tle propozycja indeksowania samej składki jest pomysłem wygodnym dla zakładu ubezpieczeń. Wynika to z kilku czynników:
1) największe ryzyko finansowe zakładu ubezpieczeń przypada na pierwsze lata ubezpieczenia, gdyż wtedy występuje największa różnica między sumą ubezpieczenia a kwotami z wpłaconych składek i zysków z inwestowania ich;
2) różnica ta szybciej maleje u klienta, który ma stałą (nominalnie) sumę ubezpieczenia i jednocześnie co rok zwiększa składki niż u klienta, któremu pozwolono proporcjonalnie (o jednakowy wskaźnik) zwiększać składkę i sumę ubezpieczenia;
3) do tego dochodzą standardowo:
– selekcja klientów pozwalająca zakładowi ubezpieczeniowemu odmówić zawarcia kontraktu lub zawrzeć go na droższych warunkach;
– uprawnienie ubezpieczyciela do odmowy wypłaty świadczenia w razie śmierci klienta, jeśli przy zawieraniu umowy podał on nieprawdziwe dane (kodeksowo trzy lata).
W przypadku CREDIT SUISSE LIFE & PENSIONS dochodzi jeszcze jeden element zwiększający bezpieczeństwo ubezpieczyciela – naruszające polskie prawo samouprawnienie się do wypowiedzenia umowy w dwu pierwszych latach. Wybierając ten wariant umowy klient pomaga CREDIT SUISSE LIFE & PENSIONS ograniczać funkcję ochronną ubezpieczenia. Tym samym pogarsza sytuację swoich najbliższych. Skok inflacyjny może sprowadzić jego ochronę do równowartości hamburgera. Klient decyduje o tym przed zawarciem umowy rozpisanej na dziesiątki lat. Potem nie może już zmienić wybranego wariantu na wersję „ochronno-inwestycyjną”.

W zamian za rezygnację z utrzymywania realnej wartości ochrony ubezpieczony spodziewa się zwiększenia oszczędności. W pewnym momencie wartość polisy zbliży się do nominalnej sumy ubezpieczenia. Tyle że nie wiadomo, ile lat trzeba będzie czekać na ten dzień. To nie jest zarzut tylko stwierdzenie. Jeśli umrze przed „spłaceniem” sumy ubezpieczenia, to zostawi rodzinie tylko tę skarlałą kwotę ochronną. Jeśli spotka śmierć, wkrótce po tym jak wartość polisy przewyższy sumę ubezpieczenia, to zostawi po sobie tylko „oszczędności”. Sumy ubezpieczenia jako oddzielnego świadczenia nie będzie. Na dokładkę nie kto inny tylko klient ponosi ryzyko inwestycyjne. Jeśli interesy okresowo pogorszą się, to wartość polisy znów cofnie się w kierunku realnie niziutkiej sumy ubezpieczenia. Jeśli spadnie poniżej niej – wróci ochrona w postaci niskiej, bo wybranej wiele lat wcześniej sumy ubezpieczenia. Tyle że ona jest „stała” wyłącznie nominalnie.

W tym czasie klient indeksujący sumę i składkę zapewnia bliskim realną ochronę. Jeśli stać go na ekstra wpłaty, to tworzy „wartość dodatkową”. Jeśli jego zainteresowanie ochroną maleje, a chce zwiększyć oszczędności, to na rok czy dłużej rezygnuje z indeksacji i stosowną kwotę wpłaca jako składkę dodatkową. Może to zrobić w dowolnym momencie. Czyli ma dokładnie ten sam wariant co ubezpieczony indeksujący wyłącznie składkę. Jeśli po jakimś czasie zechce zwiększyć ochronę, to po prostu w kolejnym roku przyjmuje indeksację. W jego przykładzie realizuje się powiedzenie „Kto może więcej, ten może mniej”. Możliwości indeksującego sumę i składkę pozbawił się ubezpieczony podwyższający wyłącznie składkę. W jego przypadku znajdujemy przykład osoby, która zgodziła się na „mniej” i nie ma prawa do „więcej”. Tak więc klient, który wybierze pełną indeksację, może sam regulować, w jakim wariancie jest ubezpieczony w danym roku. Osoba która wybrała indeksację częściową (tylko składki) ma mniejsze pole manewru. Na ubezpieczonego w wariancie pełnej indeksacji czyhają inne niebezpieczeństwa, nie zmienia to jednak faktu, że przynajmniej w początkowym okresie lepiej zabezpiecza swoich bliskich, niż ktoś indeksujący tylko składkę. Porównanie sytuacji obu ubezpieczonych jest okazją do przypomnienia motta z atakowanego przez CREDIT SUISSE LIFE & PENSIONS artykułu: „polskie prawo nie zakazuje zawierania umów niekorzystnych”. Każdy (konsument) ma prawo robić kiepskie interesy (ubezpieczeniowe). Tylko po co?

Punkt 4 „Sprostowania”

„CREDIT SUISSE LIFE & PENSIONS TUnŻ SA różnicuje ceny jednostek uczestnictwa w momencie ich nabywania i zbywania, gdyż w ten sposób pobiera opłaty na koszty związane z obsługą ubezpieczenia, w tym także koszty związane z dokonywaniem transakcji nabywania i zbywania jednostek. Pozwala to na obciążanie kosztami związanymi z dokonywaniem tych transakcji tylko Klientów w nich uczestniczących i w takim stopniu w jakim są w nie zaangażowani. Gdyby wspomniane opłaty były rozliczane ryczałtowo, Klienci rzadko uczestniczący w tych transakcjach dopłacaliby do osób, które robią to w sposób systematyczny.”

Wyjaśniam. Federacja Konsumentów nie zajmuje się porównywaniem cen usług. Odnosimy się do zapisanej w umowie lub materiałach reklamowych metody informowania o nich. Pisząc o sposobie rozliczania się z klientem w umowie ZŁOTY ŚRODEK zasygnalizowałem, jakie metody zastosowało CSL&P. Stosowanie „ceny zakupu” i „umorzenia” jest właściwe dla innego instrumentu finansowego. Naszym zdaniem nie powinno być używane w ubezpieczeniach. Połączenie alokacji i cen jednostek stanowi rzadki przypadek. Z obu powyższych względów konsumenci zostali o tym fakcie poinformowani. Pozwoli im to na lepszą kontrolę umów już zawartych. Osobie poszukującej ubezpieczenia pomoże wywiedzieć się (w CSL&P lub jego przedstawiciela), jakie konkretne efekty będzie to miało w jej indywidualnym przypadku.

Punkt 5 „Sprostowania”

„Prawo po stronie zakładu ubezpieczeń do wypowiedzenia umowy ubezpieczenia w okresie pierwszych 2 lat, jeśli ubezpieczający podał nieprawdziwe informacje, nie stanowi naruszenia przepisów prawa. Ubezpieczycielowi zależy na każdym Kliencie, ale ubezpieczony zobowiązany jest do podania wszelkich wymaganych informacji zgodnie z prawdą, gdyż na tej podstawie formułowane są szczegółowe warunki umowy. Jeśli klient podał informacje nieprawdziwe, umowa nie zostanie sporządzona w sposób prawidłowy i zakład ubezpieczeniowy zastrzega sobie prawo do niehonorowania takiej umowy.”

Naruszenie prawa. Powyższe wyjaśnienie wydaje się logiczne. Jednak prawo pozbawia zakład ubezpieczeniowy takiego uprawnienia. Z tym się nie dyskutuje. Zarówno zapis owu, jak i przytoczona argumentacja stanowią naruszenie prawa. CREDIT SUISSE LIFE & PENSIONS TUnŻ SA naraził się w ten sposób na postawienie w stan przymusowej likwidacji. Taką sytuację przewiduje Art. 72 ustawy ubezpieczeniowej:
„Minister właściwy do spraw instytucji finansowych na wniosek organu nadzoru może zarządzić likwidację przymusową w przypadku, gdy:
1) działalność zakładu ubezpieczeń jest prowadzona z naruszeniem przepisów prawa.”
Kwestię uprawnienia do wypowiedzenia umowy ubezpieczenia życia omówiłem w komentarzu do pierwszego punktu „Sprostowania”. Podtrzymywanie woli wypowiadania umów ubezpieczonym przez CREDIT SUISSE LIFE & PENSIONS TUnŻ SA zmusza Federację do zastosowania bardziej radykalnych środków przywracających konsumentom ich prawa zagrożone przez ten zakład. Powiadomimy o tym czytelników przy najbliższej okazji.

Punkt 6 „Sprostowania”

„Fakt, że CREDIT SUISSE LIFE & PENSIONS TUnŻ SA kieruje Klienta na badania lekarskie oznacza, że Towarzystwo jest gotowe wystawić Klientowi ubezpieczenie na wnioskowanych warunkach po uprzedniej medycznej ocenie ryzyka. Jeśli po przeprowadzeniu tych badań CREDIT SUISSE LIFE & PENSIONS TUnŻ SA zaproponuje Klientowi zawarcie umowy na wnioskowanych warunkach, a klient ostatecznie nie zdecyduje się na podpisanie umowy ubezpieczeniowej, firma zastrzega sobie prawo obciążenia Klienta kosztami tych badań. Zachowanie takie nie jest naruszeniem przepisów Kodeksu cywilnego ani żadnego innego przepisu. Wprost przeciwnie – jest to normalny tryb postępowania w przypadku, jeśli umowa nie zostaje zwarta z winy strony, na rzecz której druga strona poniosła koszty związane z przygotowaniem umowy.

Takie uregulowanie kwestii związanych z przeprowadzeniem badań lekarskich finansowanych przez firmy ubezpieczeniowe pozwala także uniknąć sytuacji, w których przypadkowe osoby poddawałyby się badaniom na koszt firmy ubezpieczeniowej, a w konsekwencji na koszt jej Klientów”.

Podtrzymuję zarzut naruszenia prawa. Ustosunkowałem się już do tego pomysłu w komentarzu do pierwszego punktu „Sprostowania”. Argumentację ułatwia mi sam przedstawiciel CREDIT SUISSE LIFE & PENSIONS TUnŻ SA pisząc:
„Jeśli (…) klient ostatecznie nie zdecyduje się na podpisanie umowy ubezpieczeniowej, firma zastrzega sobie prawo obciążenia Klienta kosztami tych badań. (…) jest to normalny tryb postępowania w przypadku, jeśli umowa nie zostaje zwarta z winy strony, na rzecz której druga strona poniosła koszty związane z przygotowaniem umowy”.
Trzy kolejne nieścisłości przedstawiciela CREDIT SUISSE LIFE & PENSIONS TUnŻ SA:
1. „(..) prawo obciążenia Klienta kosztami tych badań (…) przez firmy ubezpieczeniowe” wpisało w swoje warunki ubezpieczeń tylko kilka firm. Nie jest to więc praktyka powszechna, jak usiłuje sugerować Pan Dyrektor.
2. „(…) przypadkowe osoby poddawałyby się badaniom na koszt firmy ubezpieczeniowej”. W każdej dziedzinie występuje ryzyko natknięcia się na naciągacza. Tylko że „przypadkowe” osoby nie badają się za pośrednictwem zakładów ubezpieczających życie. Nie miałyby pewności, że zostaną skierowane na badania ani jaki będzie ich zakres. Zainteresowani robią badania na własną rękę, a niezainteresowani – wcale. O jakich wielkościach (osobach i kwotach) mówimy odnośnie badających się z premedytacją na koszt zakładów ubezpieczeniowych i rezygnujących z zawarcia umowy? Gdzie CREDIT SUISSE LIFE & PENSIONS TUnŻ SA spostrzegło ten tłum hipochondryków zagrażający jego finansowej stabilności? Ponadto samo przekazanie ubezpieczonemu wyników badań jest gestem dobrej woli firmy ubezpieczeniowej. Klientowi, który nie podpisze umowy, można go nie okazywać.
3. (… ) przypadkowe osoby poddawałyby się badaniom (…) w konsekwencji na koszt jej Klientów
Żeby zrozumieć prawdziwe intencje twórców tego przepisu trzeba wiedzieć, że osoba starająca się o ubezpieczenie nie ma pewności czy zawrze kontrakt na standardowych warunkach. Zwykle decyduje o tym komórka oceniająca ryzyko. Wniosek kandydata zostanie puszczony w tryby biurokracji pod warunkiem opłacenia składki. Jeśli klient chce zorientować się, jak potraktują go w różnych firmach, to w każdej musi zapłacić pierwszą składkę. Niektóre firmy skierują go na badania. Gdy ostatecznie dokona wyboru (ubezpieczenia i firmy) ma naturalne prawo do podziękowania pozostałym rozmówcom. W przypadku klienta „ryzykownego” żadna z firm nie będzie upierać się przy zawarciu kontraktu. Niektóre zechcą odzyskać nakłady poczynione w związku z przygotowaniem umowy. Po prostu nie odeślą pieniędzy. Ekskandydat trochę podzwoni, może nawet zajrzy raz czy drugi do biura firmy, wreszcie zmęczy się, machnie ręką i zapomni. Szansa, że wniesie pozew do sądu jest minimalna. Inaczej będzie to przebiegało z kandydatem „standardowym”. Agenci zadzwonią do niego, by umówić się na doręczenie polis. Klient od każdego dowie się, na jakich warunkach ma być ubezpieczony. Wybierze jednego kontrahenta. Pozostałym agentom oznajmi, nie jest już zainteresowany umową. Pośrednicy zaczną kontratak (prowizja!). Odtrącony agent CREDIT SUISSE LIFE & PENSIONS wspomni o potrąceniu kosztów badań (utracie składki). Prawdopodobnie konsument oprotestuje tę możliwość. Postawi zarzut niedoinformowania. Znajdzie się jednak pod presją finansową (nie odzyska wpłaconych pieniędzy). Jeśli kwota jest znacząca (zapłacił składkę roczną lub półroczną), może ulec i odrzucić umowę, która pierwotnie wydała mu się lepsza.
Opisany sposób postępowania narusza swobodę wyboru usług i kontrahentów. Można w ten sposób przymuszać konsumentów do wyboru usług gorszej jakości. W tej sytuacji ważne jest poinformowanie ubezpieczających się o tym, iż obciążanie kosztami zawarcia umowy jest nadużyciem i że mogą odzyskać swoje pieniądze.

Punkt 7 „Sprostowania”

„Błędne jest przedstawienie niemożności wnoszenia składek dodatkowych po przekształceniu ubezpieczenia w bezskładkowe jako „ograniczenie roli oszczędnościowej polisy oraz utrudnienie utrzymania ochrony na zamrożonym poziomie”. Zapis ten wynika z charakteru samego ubezpieczenia, którego istotą jest regularne opłacanie składek przez ubezpieczającego. Przekształcenie pierwotnego ubezpieczenia w ubezpieczenie bezskładkowe następuje jedynie wskutek niewywiązywania się ubezpieczającego z tego obowiązku. W sytuacji nieopłacenia przez ubezpieczającego składki podstawowej zakład ubezpieczeń nie może oferować ubezpieczającemu możliwości opłacania składek dodatkowych.”
Przeczę i przeczy sobie sam autor.

To, że „istotą samego ubezpieczenia jest regularne opłacanie składek przez ubezpieczającego” tylko potwierdza fakt, iż ubezpieczenie jest mało elastyczne. Brakuje w nim charakterystycznej dla innych umów funduszowych instytucji okresowego zawieszenia płatności składek. Proponuje drugi wariant ubezpieczenia ze sztywną sumą ubezpieczenia i indeksowaną wyłącznie składką. Ustalony jest minimalny okres ubezpieczenia (10 lat), choć z założenia ma to być ubezpieczenie bezterminowe. Zapisano tylko jeden wariant ubezpieczenia bezskładkowego. Do tego dochodzą zablokowanie lokat w początkowo wskazanych funduszach na pierwsze dwa lata i zakaz obniżania składki w tym samym okresie.

Co do zakazu wpłacania składek dodatkowych w trakcie umowy bezskładkowej, to jeśli klient nie może wpłatami pieniędzy zwiększyć swojej „wartości dodatkowej” w Indywidualnym Rachunku Jednostek Uczestnictwa, to nie może zwiększać swoich oszczędności. Inaczej nie da się tego wytłumaczyć.
Teoretycznie CSL&P nie powinno bronić się przed wpłatami składek dodatkowych. Przecież zarabia na obracaniu pieniędzmi klienta. Niechęć do przyjmowania składek dodatkowych mogłaby wydawać się dziwna, gdyby nie specyficzna konstrukcja tej umowy. W standardowej (polskiej) umowie ubezpieczenia z funduszem inwestycyjnym, ubezpieczenie bezskładkowe klient może wybrać w jednej z wersji:
– zachowuje swoją sumę ubezpieczenia z przed przekształcenia; z wartości polisy potrąca mu się opłaty (za ryzyko i administracyjną);
– rezygnuje z sumy ubezpieczenia, wartość polisy spełnia formę (jednocześnie) kapitału i ochrony; potrącana z niej jest tylko opłata administracyjna.
Wybór pierwszej opcji zapewnia ochronę (suma ubezpieczenia) dopóki nie wyczerpie się wartość polisy. Przy drugiej opcji wartość polisy jest majątkiem (oszczędnością) klienta. Tym właśnie chroni swych bliskich.

CSL&P ustaliło tylko jeden wariant ubezpieczenia bezskładkowego – utrzymuje klientowi sumę ubezpieczenia. Z wartości polisy potrąca opłaty. Umowa trwa do czasu wyczerpania wartości polisy. Opłat nie potrąca się z wartości dodatkowej. Szczególnym przypadkiem jest sytuacja, w której wartość polisy jest większa niż suma ubezpieczenia. Gdy trwa taki stan, CSL&P nie pobiera z wartości polisy opłaty za ryzyko.

Niektóre firmy pozwalają klientowi na przywrócenie statusu umowy z opłacaniem składek regularnych. Uzależniają to od powtórnej oceny ryzyka. Tak jest również w ZŁOTYM ŚRODKU (§ 18.7 owu). Konstrukcja zapisów umownych ZŁOTEGO ŚRODKA prowadzi do wniosku, że analitycy Winterthuru uznali, iż globalne koszty śmierci klientów w okresach bezskładkowych (wypłacone sumy ubezpieczeń) będą niższe od osiągniętych zysków z przejętych wartości polis. Przekonuje mnie o tym również gotowość przywrócenia uprawnień płatnika zdrowemu ubezpieczonemu. Polityka wymyślona w Winterthurze zostałaby zakłócona, gdyby klienci mogli zasilać wartość polisy z wartości dodatkowej (bezpośrednio). Stąd drugie zabezpieczenie: regularne opłaty nie mogą być pobrane z wartości dodatkowej, jednocześnie wartość ta nie może zostać zwiększona dodatkowymi składkami. Wartość dodatkowa do czasu upadku polisy stanowi dodatkowe źródło dochodu CREDIT SUISSE LIFE & PENSIONS. Decydując się na zakaz składek ad hoc, firma świadomie zrezygnowała z wpływów z obsługi tej części konta klienta. Zrobiła to konsekwentnie dążąc do rozstania z nim, zwłaszcza jeśli stał się „ryzykowny”. Zdrowemu pozwolą wznowić opłacanie składek regularnych.

Pewne pojęcie o zasadach rządzących tym ubezpieczeniem można wysnuć z następującego przypadku: przezorny ubezpieczony uzyska zgodę na ekstremalne zwiększenie składki regularnej. Wygeneruje w ten sposób znaczącą wartość polisy. Ostrożność może skłonić go także do wpłacenia dużych składek dodatkowych. Dysponując tak znaczącymi rezerwami jest przekonany, że jego polisa jest niezagrożona. Później jakaś przeszkoda uniemożliwia mu regularne opłacanie składek (ponad trzy miesiące). Zostaje zaskoczony informacją o przekwalifikowaniu jego ubezpieczenia w bezskładkowe. Nic mu nie pomogły rezerwy na obu „kontach”. Jeśli jest słabego zdrowia, bogactwo nie pomoże mu wrócić do normalnego ubezpieczenia (bezterminowego i utrzymującego realną wartość ochrony).
W punkcie 9 „sprostowania” napisano, że ubezpieczenie ZŁOTY ŚRODEK jest umową elastyczną. Umowa ubezpieczenia z funduszem inwestycyjnym z założenia ma mieć elastyczny charakter. Jej celem jest ochrona, generowanie oszczędności, inwestowanie i korzystanie z kapitału. Powinna też umożliwić klientowi okresowe zwolnienie z ponoszenia bezpośrednich kosztów utrzymania ochrony. Wiele z tych funkcji zostało w ZŁOTYM ŚRODKU ograniczonych.

Punkt 8 „sprostowania”

„(…) krytykowanym w artykule punktem umowy ubezpieczeniowej jest gwarancja utrzymania ochrony przez okres 10 lat.”

Rozważania na temat dziesięcioletniej gwarancji znajdzie czytelnik w artykule, którego sprostowania domaga się przedstawiciel CREDIT SUISSE LIFE & PENSIONS. Posiadanie tego typu gwarancji może wydawać się atrakcyjne. Jednak należy pamiętać, że klient swoje zobowiązanie (płacenie składek) spełnił. Mankamentem jest sama gwarancja.

Zakład ubezpieczeń ma obowiązek publikowania wartości jednostek funduszy. Nie ma jednak obowiązku informowania konkretnego klienta o wartości jego polisy. Ubezpieczający może nabrać błędnego przekonania, że wzrost wartości jednostek udziałowych przekłada się bezpośrednio na jego wzbogacenie. Konkretnym przykładem takiego fałszywego mniemania jest klient, który wpłacił w ciągu trzech lat około 5- 6 tys. zł składki regularnej w podobnym ubezpieczeniu. Wartość jednostki funduszu (wybrał tylko jeden) w tym okresie znacznie wzrosła (z 2,77 zł do 4,91 zł). Ubezpieczający wysłał do swojego ubezpieczyciela zapytanie o stan konta i dowiedział się, że jednostki udziałowe na jego rachunku mają łączną wartość 29,13 zł. Ten klient już wchodził w debet. W ciągu następnych lat stan konta mógł ulec zmianie w obu kierunkach. Jeśli skuteczność jego inwestycji miałaby przez pozostałe sześć i pół roku „gwarancji” podobną skuteczność, to wygenerowały sobie debet, którego nie byłby w stanie spłacić. Tym samym kontynuować umowy. Istotne jest, że firma – udzielając gwarancji dziesięcioletniej – nie zobowiązała się informować klienta o zagrożeniu polisy debetem. Identycznie, jak w opisanym przypadku, postąpił Winterthur. Wersję tej umowy podtrzymuje CSL&P.

Z obserwacji zachowań rynkowych wynika, że problem niedoinformowania jest bagatelizowany. Klientom składa się zapewnienia, że agent będzie o nich dbał i regularnie się z nim kontaktował. Tego wymaga od niego jego firma. Zamiast niewiążących wywodów lepiej jest nie łudzić gwarancjami, a zobowiązanie do skutecznego informowania zapisać w umowie z klientem (w owu). Taką rzetelną metodę wybrała jedna z firm:
„jeżeli w trakcie trwania umowy (…) stwierdzi, że wartość rachunku udziałów oraz składek podstawowych (…) są niewystarczające na pokrycie opłat (…), zawiadomi ubezpieczającego o konieczności dokonania zmian w istniejącej umowie, a w szczególności o potrzebie obniżania sumy ubezpieczenia lub wzroście składki podstawowej od najbliższej rocznicy polisy.”
Zagrożenie wartości polisy skokowymi zmianami wpisane jest w istotę ubezpieczenia z funduszem inwestycyjnym. Jego funkcja ochronna może zostać zaburzona w długim okresie czasu. Oszczędzanie tą metodą może dać gorsze wyniki niż przy użyciu innego instrumentu. Niebezpieczeństwa te wynikają ze zmienności koniunktury. Ryzyko ubezpieczania się polisą funduszową wzrasta, gdy podejmuje je klient niewyedukowany. Takiej osobie wystarczy zapewnienie, że robi dobry interes z doskonałym partnerem. Zgodzi się na niekorzystne warunki bez zadania sobie trudu sprawdzenia, co jej zaproponowano. Będzie płacić, ale nie skontroluje, ile z tego ma. Dla klienta przygotowanego do zawierania umów i mającego rozeznanie w inwestowaniu, umowa ubezpieczenia z funduszem będzie stanowić wyzwanie oraz skuteczny środek ochrony i inwestowania. Jest jednak instrumentem delikatnym. Precyzja wymagana jest od lektury umowy, przez dobór funduszy, wpłaty i wycofywanie kapitału, po moment przejścia na ubezpieczenie równe zgromadzonej wartości polisy a później zasilanie z niej swojej emerytury.

Punkt 9 „sprostowania”

1. Credii Suisse Life & Pensions Towarzystwo Ubezpieczeń na Życie SA stara się, by oferowane przez nie produkty, w tym Złoty Środek, były jak najbardziej korzystne dla Klient6w i na tyle elastyczne, by można je było swobodnie dostosować do ich indywidualnych potrzeb i oczekiwań. Niektóre warunki umów, jak choćby ten, że pierwszej zmiany w wyborze funduszu można dokonać najwcześniej po dwóch latach ubezpieczenia, są stałymi warunkami umowy nie podlegającymi negocjacji. Trudno polemizować, czy i na ile one są korzystne dla Klientów – dla części mogą się one okazać całkowicie neutralne, dla innych mogą stać się powodem do niepodpisywania umowy. Niezależnie od podejścia Klienta, Credit Suisse & Pensions Towarzystwo Ubezpieczeń na Życie S.A. zawsze przedstawia Klientom szczegółowe warunki umowy ubezpieczeniowej przed jej podpisaniem, a Klient ma obowiązek się z nimi zapoznać. Co więcej, osoba, która zdecyduje się na zawarcie umowy ma jeszcze 30 dni (osoby prawne – 7 dni) od chwili doręczenia polisy na wycofanie się z umowy. W tym okresie Klient może po raz kolejny przestudiować warunki umowy, a w razie pytań lub wątpliwości zasięgnąć porady agenta Credit Suisse & Pensions Towarzystwo Ubezpieczeń na Życie S.A. lub skorzystać z infolinii – 801 200 200.

Jeśli w wyznaczonym okresie ubezpieczający odstąpi od umowy, nie ponosi żadnych negatywnych konsekwencji.

Do kwestii elastyczności tej umowy odniosłem się już kilkukrotnie w komentarzach do wcześniejszych punktów. Uważam, że wbrew temu, co twierdzi przedstawiciel CSL&P, na tle innych umów tego typu oferowanych w Polsce jest ona mało elastyczna.

Skok na reklamę

0

Mówi, że smakują mu zupy w proszku, uśmiecha się, jest sympatyczny, taki prosty i szczery. Pokazuje te zupy, pewnie rzeczywiście są dobre. Jeszcze nie tak dawno z tą samą rozbrajającą naiwnością zachwalał czekoladę. Też mu smakowała. – Ma dobry smak – mówił. A telefon komórkowy – to było jeszcze wcześniej. Wtedy się uśmiechał i mówił, że dobrze jest go mieć. No i rozmawiał z żoną, jacy oni sympatyczni obydwoje!

A co z pocztą? Dokładnie nie wiadomo, ale chyba też ją lubi. No i lubi też Red Bulla. Pewnie chodzi o dodawanie skrzydeł. Ale czy on to pije? Chyba nie, bo biedaczyna, może tylko bułki z bananem i inne wymyślone przez profesorów diety. Są też okna. Jak był kiedyś dekarzem, czyli robił dachy, to może na oknach trochę się znał. Ale teraz to on już do budowlanki przecież nie wróci.

Tylko po co to wszystko?

Dla niego, wiadomo, interes. I to jaki! Nikt by na jego miejscu nie miał wątpliwości. Ale czy to jest w porządku wobec tych, którzy te reklamy oglądają? Czy nam ci mądrale od reklamy czegoś nie wciskają? Można by zapytać, czy reklama jest w ogóle w porządku. Tyle lat u nas nie było reklamy, i też jakoś wszystko się kręciło. Było trochę buro i ponuro, ale nie tak, że człowiekowi robili na coś apetyt, a jego szlak trafiał, bo nie miał za co kupić. Jak ktoś miał rzeczy z Pewexu, to był albo badylarz, albo inny prywaciarz, albo mocno partyjny. Cała reszta nie musiała się frustrować. Bo co to za powód do frustracji, że w kolejce akurat zabrakło Ptasiego Mleczka albo jak przywieźli cytryny, to akurat byłeś u szewca? Dziecinne igraszki naszych emocji, kto by się tym dłużej przejmował. Było, minęło, takie jest życie! To nie były czasy szczęśliwości, ale zwyczajni ludzie, którzy nie zadawali za dużo pytań i nie mieli za dużo wątpliwości, mogli jakoś przetrwać.

Rzeczywistość o różnych twarzach

Ten porządek coraz bardziej skrzeczał. Ciągle coś wychodziło nie tak, coraz więcej ludzi zadawało pytania. I wreszcie zanim się czterdziestomilionowy naród obejrzał, znaleźliśmy się w innej rzeczywistości, która ma różne twarze. Dla jednych to sukces, awans, pieniądze, dla innych – stres, przegrana, kłopoty. Dla jednych symbolem stał się Balcerowicz, dla innych krzyczące, kolorowe reklamy. Bo reklamy są jednym z najważniejszych przejawów tego „czegoś”. Ludzie je lubią i nie cierpią zarazem. Wcześniej, w tamtych czasach, reklama służyła do zamalowywania pustych ścian. W planie centralnym i różnych planach mniej centralnych zapisywano z pięciolatki na pięciolatkę (nie pieniądze przecież), ale metry kwadratowe lub roboczogodziny, stawkoprzeliczniki czy inne cuda socjalistycznej ekonomii. I następnie je realizowano. A po co ? Ba…To było pytanie, z którym odsyłano, oczywiście, nie tylko w sprawie reklamy, do filozofów, lub filozofujących amatorów, którzy opowiadali o potrzebach człowieka pracy, socjalistycznego budownictwa czy tym podobnych. Przypuszczam, że w kwestii reklamy uznano, że jeśli była przed socjalizmem, to głupio jest teraz wszystko zamalować na szaro, więc niech będzie i w socjalizmie. Tak więc wbrew dzisiejszym opiniom, istniała w owych czasach reklama, tyle że była to reklama bezcelowa. Nic w tym zresztą nadzwyczajnego, bo bezcelowe, jeśli za cel nie uznamy realizacji planu, było w owym czasie niemal wszystko. Gdyby to zgrabnie podsumować: był to czas niezadowolonych, ale zasadniczo niesfrustrowanych ludzi, żyjących w świecie bezcelowych działań.

Reguły gry

Nastały czasy brutalnego i nieubłaganego zadawania pytań o celowość. Co gorsza, nie ma nawet kogoś, kto te pytania zadaje i kogoś, kto na nie odpowiada. To się w tym piekielnym mechanizmie robi samo. Reguły gry są jasne, no powiedzmy, stają się jasne: Trzeba znaleźć kogoś, kto kupi! Jak masz nabywcę, przeżyłeś, jak nie – to koniec. Tak jest w większości firm, i będzie w innych. Nie ma planu, który wszystko przewidywał i prawie wszystko zapewniał, nie ma pewności i równości. Wszystko jest walką i niepewnością, równość nawet trudno sobie wyobrazić. A wszystko jak w soczewce skupia się w reklamie.

Aby się kręciło

Firma, w której pracuje Kowalski, staje na głowie, by namówić całą Polskę na skorzystanie z jej usług i wykończyć konkurującą z nią firmę, w której pracuje Kwiatkowski. Obaj z rodziną siedzą przed telewizorami i kiedy pojawia się reklama, zgodnie idą do ubikacji (no, może nie wszyscy naraz). Kowalski, widząc reklamę swojej firmy, mruczy pod nosem: „Zamiast (…) dać ludziom trochę podwyżki, to marnują te (…) piniendze na reklame”.
Tak więc w naszej sondzie, bardzo niereprezentatywnej, przeważa opinia: „Może i sympatyczne, ale nie wiadomo po co”. Dociekliwy czytelnik zada tu pytanie: Czy możliwe, że Kowalski nie zauważy związku między swym losem a skutecznością reklamy? Otóż zapewniam Cię, wnikliwy Czytelniku, że takich Kowalskich jest bez liku. (Rym na cześć Czytelnika!).
Załóżmy, że Kowalski pracuje w firmie, która sama nie produkuje reklamowanego produktu, lecz powodzenie jego firmy zależy od powodzenia (czytaj: zdolności do kupowania) wielu różnych przedsiębiorstw, w tym także tego konkretnego producenta. Czyli, innymi słowy, mówimy tu o reklamie, która jeśli działa dobrze, to powoduje, że firmom łatwiej sprzedać swe produkty. Dzięki temu mają z czego żyć jej pracownicy i właściciele, a także producenci wszystkiego, co ta firma jest w stanie zakupić.
Reklama ma więc wiele wspólnego z losem każdego z telewidzów. Nie tylko jest dobra, gdy może posłużyć do tworzenia na jej temat dowcipów (Po co mu telefon komórkowy? Żeby trener mógł zadzwonić, kiedy ma wylądować). Nie tylko wtedy, kiedy pokazuje coś ładnego, ale przede wszystkim wtedy, kiedy skłoni jak najwięcej osób do zakupu. Wówczas koło gospodarki zaczyna kręcić się szybciej.

Dobroczynne zioła – Apteka domowa

Jednym z głównych działów, w który wyposażona powinna byś nasza apteczka domowa, jest zbiór olejów. Jak się przyrządza oleje (o ile nie dostanie ich gotowych w aptece), podanem jest przy każdej chorobie, w której się ich używa. Po przechowywaniu flaszeczek z olejkami poznaje się najprędzej, czy kto ma zamiłowanie do porządku i czystości.

Migdałowy olejek. Olejek ze słodkich migdałów powinien pomiędzy olejkami staś w aptece na pierwszym miejscu. We wszystkich słabościach zewnętrznie lub wewnętrznie użyty, koi, chłodzi i rozpuszcza. W zaflegmieniu tchawicy i żołądka rozpuszcza flegmę, a żołądkowi powraca nadto apetyt i strawność. W zapaleniach, osobliwie gdy zachodzi obawa zapalenia płuc, chłodzi wybornie. Tacy chorzy powinni zażywać co dzień 3-4 razy po łyżeczce od kawy olejku migdałowego. Zewnętrznie użyty działa wyśmienicie w chorobach uszu. Kiedy szumi w uszach, strzyka, rwie, stwardniała woskowina – wtenczas olejek migdałowy wybornie rozpuszcza i uspokaja boleści. Wlewa się do chorego ucha 5-8 kropel i zatyka watą. Kto nadwyrężył sobie słuch przez przeziębienie, przeciąg, cierpienia reumatyczne, niech wlewa jednego dnia do jednego ucha, drugiego dnia do drugiego ucha 7-8 kropel i zatka watą. Po kilku dniach wymywszy ucho letnią wodą, niechaj śledzi za rezultatem. Obrzmienia z gorączką trzeba delikatnie smarować olejkiem migdałowym; on uśmierza kłucie i chłodzi palącą gorączkę.

Miód. Bardzo często używałem miodu w celach leczniczych i przekonałem się zawsze o jego wybornej skuteczności. Jako domieszkę do herbaty w katarach i zaflegmieniach używają miodu od bardzo dawna. Wieśniacy umieją na zewnętrzne wrzody sporządzać maść z miodu. Sposób przyrządzania maści jest całkiem prosty. Bierze się połowę miodu, a połowę białej mąki, miesza razem dodawszy nieco wody. Taka maść z miodu powinna byś dość tęga, a nie płynna. Kto ma połykanie utrudnione z powodu kataru lub innego cierpienia, niech miodu łyżeczkę od kawy zagotuje w 1/4 litra wody i tym płucze gardło. Każdy śpiewak robi sobie taka płukankę, a jest ona słodka i wyśmienita. Czyszcząca i wzmacniająca woda do oczu z miodu jest od dawna znaną. Gotuje się łyżeczkę od kawy miodu w 1/4 litra wody przez pięć minut i przykłada na szmateczce.

Oliwa. W celach leczniczych często używamy oliwy, którą kupujemy w sklepach do przyrządzania potraw. Najszlachetniejszą i najlepszą jest czysta oliwa z owocu oliwek. Od oliwy lepszym jest olejek migdałowy. Jeżeli tamtego jednak zabraknie, używa się oliwy stołowej. Używa się jej w tych samych przypadkach i w ten sam sposób, jak olejku migdałowego.

Na podstawie „Mojego leczenia wodą” z 1894 r. Ks. Sebastiana Kneippa

Kup pan książkę!

0

Maleje liczba sprzedawanych książek, bankrutują księgarnie, hurtownie i wydawnictwa. Dlaczego kupujemy i czytamy coraz mniej książek?

Jeszcze na początku lat 90. dość powszechnym zjawiskiem były kolejki przed księgarniami.
Wielbiciele literatury kupowali nie tylko nowe tytuły, ale też wznowienia ulubionych autorów. W dobrym tonie było kupowanie i czytanie książek. Dzisiaj liczba sprzedawanych książek drastycznie spadła. Nie pomagają reklama, promocje, sprzedaż internetowa, a nawet targi książki.

Walka o czytelnika

Polskie księgarnie coraz mniej różnią się od tych na Zachodzie. W renomowanych można wygodnie usiąść i obejrzeć, a nawet poczytać książkę. A jest w czym wybierać! Kolorowe, pięknie wydane albumy, przewodniki, poradniki, słowniki… Najliczniejsze jednak tytuły to powieści; najlepiej zaś sprzedają się poradniki, przede wszystkim te, które radzą, jak być szczęśliwym, zdobyć powodzenie i pieniądze, zrobić karierę. Na drugim miejscu są różnego rodzaju słowniki i przewodniki zarówno po Polsce, jak i po świecie. Bardzo dobrze sprzedają się książki o masażach i leczeniu dalekowschodnim, feng-shui, tarocie itp. – związane z modą, a może sposobem na życie charakterystycznym dla filozofii przełomu wieków. Kolejną w miarę dobrze sprzedającą się grupą tytułów są książki, które mogą być prezentem, często dla obcokrajowców.

Stałą grupę kupujących stanowią studenci i maniacy czytania. Jednak ta grupa maleje w zastraszającym tempie. Przy zmniejszających się dochodach rodzina rezygnuje przede wszystkim z wydatków na kulturę – w tym na książki. Na spadającą liczbę czytających wpływają też internet, wideo, DVD i – naturalnie – telewizja. Książka wymaga umiejętności czytania, a liczba wtórnych analfabetów rośnie. Przyzwyczajenia wynosi się z rodzinnego domu, nawyk i potrzebę czytania również. Większość rodziców nie czyta sobie, ani swoim dzieciom. Akcja „Cała Polska czyta dzieciom” ma bardzo szczytny cel: oprócz czytania nawiązanie i wzmocnienie więzi między rodzicami a dzieckiem, ale dotyczy najwyżej 20% polskich rodzin. W szkole zamiast lektury uczniowie czytają bryki lub oglądają, coraz liczniejsze, filmy-„ściągawki”. A dorośli nie czytają, bo brakuje im czasu albo nie mają takich potrzeb. I tak kółko się zamyka…

Wydawnictwa różnymi metodami starają się zdobyć czytelnika. W księgarniach światowe bestsellery pojawiają się prawie natychmiast po swojej premierze zagranicą. Wprowadzane są książki razem z filmem, który powstał na jej podstawie. Ogłasza się konkursy: a to na polską Bridget Jones, a to na kobiecą powieść współczesną. Nagrodzone utwory wydaje się natychmiast, intensywnie promuje z udziałem znanych aktorów, piosenkarzy i satyryków. W gazetach można znaleźć recenzje książek i… bywa różnie.

Targi, kiermasze i inne pomysły

Księgarnia to podstawowe miejsce sprzedawania książek. Jednak można je kupić i gdzie indziej. W latach 90. rozwinęła się sprzedaż wysyłkowa. Tę metodę praktykują wydawnictwa, kluby książki, a także niektóre hurtownie. Zamówione książki są tańsze od kupionych w księgarni. Wystarczy wybrać odpowiedni tytuł i wysłać druk zamówienia. Po kilku dniach listonosz przyniesie go do domu i po zapłaceniu należności można zabrać się do czytania.

W wielkich miastach powstają stałe kiermasze „Tania książka”. Właściciel takiej firmy skupuje końcówki nakładów (u wydawcy lub w hurtowni) za niewielkie pieniądze. Ceny bywają więc wyjątkowo atrakcyjne. Jakiś czas temu dyskusję wzbudziła sprzedaż książek „na wagę”. Supermarkety odarły książkę z jej intelektualnej otoczki i potraktowały jak każdy inny towar: kartofle, naczynia, ubrania. Kilogram „literatury” kosztował od 2 do 5 zł. Coraz popularniejsze staje się kupowanie książek „tyle, ile wyniesie się w rękach”. Specjalizują się w tym antykwariaty, które zawiązały stowarzyszenie „Porozumienie Antykwariatów Książkowych” i ogłosiły akcję „Ruch Przyjaciół Przeczytanych Książek”. Wystarczy znaleźć antykwariat, który propaguje akcję, zapłacić 20 zł i posługując się własnymi rękami wynieść tyle książek, ile zdoła się udźwignąć. Torby i plecaki – zakazane! Szkoda, że taki sposób kupowania jest możliwy na razie tylko w Warszawie.

Międzynarodowe Targi Książki w maju, Krajowe Targi w grudniu (dawniej we wrześniu), targi książki edukacyjnej, historycznej, katolickiej… Imprez tego typu jest w ciągu roku sporo. Ma je prawie każde duże miasto. Kiedyś targi były imprezą adresowaną do wydawców i handlowców. Amator prezentowanych tytułów mógł je kupić w drodze wyjątkowej uprzejmości wydawcy i tylko w ostatnim dniu targów. Za to każdego roku w maju odbywały się Dni Książki, Prasy i Oświaty połączone z wielkim kiermaszem i spotkaniami z autorami. Można było kupić – nie spod lady i taniej – książki, chomikowane na tę okazję przez wydawców i hurtowników.

Dzisiaj wszystkie targi książki są kiermaszem. Wydawnictwa przygotowują się do nich bardzo starannie: wydają nowe, chodliwe tytuły, wznawiają książki, które cieszyły się popularnością, sprowadzają modnych, zagranicznych autorów, organizują spotkania z polskimi twórcami. Targom towarzyszą sympozja, konferencje, wystawy. Ale przede wszystkim sprzedaje się książki. Po cenach prawie hurtowych znajdują nabywców bez większego problemu. Tłum kupujących przypomina dobre, wcale nie tak odległe czasy.

Dlaczego tak drogo?

Cena książki, ustalona przez wydawcę, zależy od wielu czynników, ale najważniejsze jest to, czy dany tytuł jest polski, czy zagraniczny.

Na polski tytuł składają się koszty:
– tekstu (wynagrodzenie autora, redaktora i składu tekstu do druku);
– materiału fotograficznego (prawa do zdjęć i wyciągów barwnych);
– przygotowania makiety graficznej, projektu okładki;
– druku.

Natomiast na tytuł zakupiony za granicą – koszty:
– licencji na wydanie (10-12% ceny detalicznej książki);
– tłumaczenia, redakcji merytorycznej przekładu, składu i filmu do druku;
– druku w Polsce, jeżeli wydawnictwo kupiło filmy kolorowe (opłata za filmy kolorowe z ilustracjami to ok. 25 funtów angielskich za stronę) lub druku za granicą razem z innymi edycjami różnojęzycznymi. W tym wypadku wydatki bywają niższe, bo właściciel oryginalnego wydania organizuje dużo nakładową koedycję w wielu językach. Wtedy jednak dochodzi opłata za transport z Dalekiego Wschodu (Singapuru, Hongkongu – tam drukują Anglicy, Amerykanie, Niemcy i Francuzi).

W sumie koszt samego wydania książki stanowi dla wydawcy polskiego aż 60% ceny detalicznej, czyli obowiązującej w księgarni. Dla porównania wydawca z Zachodu wyda ok. 20-30% ceny detalicznej na wydanie książki nieprzecenionej. Wielu wydawców zachodnich od razu zakłada, że ok. 30% nakładu danego tytułu przeceni.

Koszt dystrybucji jest niezależny od wydatków związanych z wydaniem książki. Wydawca wyznacza cenę detaliczną lub hurtową. Cenę detaliczną drukuje na okładce i od niej ok. 33-35% ma księgarz, a kolejne 20% otrzymuje hurtownik. Wydawcy zostaje mniej niż 50% ceny wydrukowanej. Jeżeli wydawca określa cenę hurtową i od niej hurtownik otrzymuje rabat 23-28%, a księgarz dolicza sobie do tej ceny ok. 33-35% marży (np. cena hurtowa książki wynosi 100 zł, z tego wydawca dostaje 73-75 zł, a w księgarni za książkę trzeba zapłacić 133-135 zł.)

Zgodnie z prawami ekonomii im więcej sztuk produktu się wytwarza, tym koszt produkcji jednej sztuki jest niższy. Dotyczy to także książek. Tymczasem wydawcy wydają coraz mniejsze nakłady danego tytułu. Rośnie cena wyprodukowania jednego egzemplarza, a tym samym rośnie cena detaliczna.

Zakupy bez tajemnic – listy

0

Miesiąc temu kupiłem rower i pękła mu rama. Zgłosiłem sprzedawcy reklamację i zażądałem zwrotu pieniędzy. Sprzedawca uznał reklamację, ale nie zgodził się na zwrot pieniędzy, wymienił natomiast rower na nowy, wolny od wad. Co mam zrobić, jeśli rower znowu się popsuje?

Hubert S. z Warszawy

Zgodnie z przepisami, mógł Pan domagać się zwrotu pieniędzy, czyli odstąpienia od umowy. W tym przypadku sprzedawca to żądanie „zablokował”, niezwłocznie wymieniając rower na nowy. Jednak to kontruprawnienie sprzedawcy może być przez niego wykorzystane tylko raz. Przy powtórnej istotnej wadzie sprzedawca musi zwrócić pieniądze.
Jeśli rower popsuje się ponownie, przy czym będzie to wada istotna, może Pan odstąpić od umowy, a sprzedawca zobowiązany jest oddać Panu pieniądze. Oczywiście powinien Pan zwrócić rower. Gdyby jednak druga wada była nieistotna (np. w wymienionym rowerze odkręciłby się źle zamocowany błotnik), sprzedający nie jest zobligowany do zwrotu pieniędzy.
Przepisy nie określają jasno, co to jest wada istotna, natomiast w orzeczeniach sądów i w praktyce przyjmuje się, że jest to wada, która uniemożliwia kupującemu normalne korzystanie z produktu zgodnie z jego przeznaczeniem.

Kupiłem fotel. Następnego dnia przywieziono mi go do domu i po rozpakowaniu okazało się, że fotel ma nierównej długości nogi. Włożyłem dużo wysiłku, aby go prosto ustawić, ale niestety nie udało się. Postanowiłem zrezygnować z zakupu. Jednak sprzedawca nie chciał zwrócić mi pieniędzy, mimo że nie minęło pięć dni od daty zakupu. Czy mam prawo domagać się zwrotu pieniędzy?

Tomasz K. Z Wołomina

Powiedzmy sobie jasno, przepis pozwalający na zwrot produktu pełnowartościowego w ciągu pięciu dni już od dawna nie obowiązuje. Sprzedawca nie ma obowiązku oddać nam pieniędzy i przyjąć towar z powrotem, nawet wówczas, gdy znajduje się on w fabrycznym opakowaniu, a od chwili kupna minęło 5 minut. Możemy oczywiście liczyć na etykę kupiecką i zwrócić się z taką prośbą do sprzedawcy, lecz pozytywne jej rozpatrzenie będzie zależne tylko od jego dobrej woli i tego, czy ważniejszy jest dla niego chwilowy zysk, czy zadowolony konsument, który zapewne wróci w przyszłości do sklepu, w którym został uprzejmie obsłużony. Korzyści płynące z pozyskiwania usatysfakcjonowanych zakupem klientów dostrzegają niektóre sklepy (często są to sieci sklepów) i oficjalnie informują kupujących, że będą mogli w ciągu określonej liczby dni dokonać zamiany produktu na inny.
W opisanym przypadku powinien Pan złożyć reklamację na podstawie przepisów o rękojmi i zażądać wymiany fotela na nowy, wolny od wad.
Reklamacja nie budząca wątpliwości (tak jak w tym przypadku) powinna zostać załatwiona natychmiast.

W sklepie meblowym wybrałam bardzo gustowny komplet wypoczynkowy w kolorze bordowym. Taki właśnie kolor tapicerki pasował do wystroju wnętrza. Meble zostały przywiezione transportem sprzedawcy. Panowie bardzo sprawnie wnieśli je do domu. Kiedy rozpakowałam komplet, okazało się, że nie jest on tym wybranym, wymarzonym, tapicerka jest w innym kolorze. Nic nie mogłam zrobić, bo ekipa transportowa już odjechała. W jaki sposób mogę załatwić wymianę mebli?
Bożena C. z Sulejówka
Stan prawny: Kodeks cywilny – przepisy dot. rękojmi (art. 556 – 576) nie wymagają, żeby kupujący w chwili odbioru rzeczy dokonywał jej sprawdzenia. Zgodnie z ustaloną praktyką sądową, na kupującym (osobie fizycznej) nie ciążą żadne obowiązki badania rzeczy na okoliczność istnienia wady, poza obowiązkiem związanym z odbiorem rzeczy zgodnie z umową, np. pokwitowanie odbioru, zapłata za transport, otrzymanie faktury, rachunku, paragonu.
Zgodnie z przepisami towar jest wadliwy, gdy wada zmniejsza jego wartość, użyteczność, gdy rzecz została wydana w stanie niezupełnym oraz gdy rzecz nie ma właściwości, o których istnieniu zapewniał sprzedawca, np. komplet wypoczynkowy miał być bordowy, a jest zielony.
Ponieważ kupujący nie jest zobowiązany do sprawdzania rzeczy, brak takiego badania nie może rodzić dla niego ujemnych skutków prawnych. Sprzedawca nie ma prawa uwolnić się od odpowiedzialności, zarzucając kupującemu, iż przy dołożeniu starań mógł wadę zauważyć.
Praktyka: Powinna Pani zwrócić się do sprzedawcy, składając pisemną reklamację i domagając się wymiany kompletu wypoczynkowego na taki, który Pani wybrała. Sprzedawca ma obowiązek przyjąć reklamację i w terminie 14 dni załatwić ją zgodnie z Pani życzeniem.
Jeśli okaże się, że w sklepie nie ma już kompletu wypoczynkowego w kolorze, jaki Pani wybrała, sprzedawca powinien odebrać meble, zostawiając pokwitowanie i określić termin dostarczenia właściwego towaru. Jeśli z jakiegoś powodu nie jest to możliwe (np. mebli nie ma w magazynie), sprzedawca powinien zwrócić Pani pieniądze za komplet wypoczynkowy i za transport, jeśli nie był on wliczony w cenę towaru.
W przypadku, gdy sprzedawca nie jest uczciwy wobec kupującego i nie chce uznać jego roszczeń, pozostaje tylko droga sądowa, co – jak wiadomo – jest kosztowne i długotrwałe. Dlatego -chociaż przepisy prawne tego nie wymagają – konsument we własnym interesie powinien rozpakować zakupiony towar przy ekipie transportowej. Jeśli okaże się, że przywieziony towar różni się od wybranego w sklepie, należy spisać krótką notatkę, z której będzie wynikało, iż go nie przyjmujemy (trzeba podać powód). Powinniśmy poprosić kogoś z ekipy transportowej o podpisanie notatki, a następnie o zabranie mebli. Z pokwitowaniem jak najszybciej trzeba zwrócić się do sprzedawcy (do sklepu) z prośbą o dostarczenie właściwych mebli lub o zwrot pieniędzy.

Popsuła mi się kupiona dwa lata temu pralka. Skończyła się już dwuletnia gwarancja, którą wystawił producent. Zwróciłam się do sklepu, żądając bezpłatnej naprawy pralki w ramach rękojmi pogwarancyjnej, ale powiedziano mi, że pralka nie może być naprawiona bezpłatnie.

Ewa z Krakowa

Rękojmia pogwarancyjna nie istnieje już od kilku lat. Z rękojmi można korzystać przez rok od momentu zakupu. W tej sytuacji powinna Pani skorzystać z usług serwisu, który niestety wystawi rachunek za naprawę.

Każdy, kto napisze, przyjdzie lub zadzwoni do Federacji Konsumentów, może liczyć na bezpłatną poradę i pomoc prawnika.

Jak w szwajcarskim zegarku – konsument w Szwajcarii

Banki, zegarki, sery, czekolady – każdemu chyba kojarzą się ze Szwajcarią. Doskonała jakość produktów i… ponadprzeciętnie wysokie ceny – to również charakterystyczne cechy tego alpejskiego kraju.

Szwajcarskie produkty znane są na całym świecie ze swojej wysokiej jakości i doskonałego wykończenia. Bielizna, hafty, sztuka ceramiczna, zabawki, scyzoryki – to specjalności Szwajcarii. Popularne są także dzwonki bydlęce wykonane z metalu bądź gliny, a ich ceny wahają się od 8 do nawet kilkuset franków. W najstarszych częściach Berna, Genewy i Lozanny można wstąpić do jednego z licznych antykwariatów i sklepów z antykami. Natomiast w większości szwajcarskich miast wydzielono dla kupujących ulice zamknięte dla ruchu i deptaki, gdzie zakupy mogą być prawdziwą przyjemnością (oczywiście tylko jeśli mamy zasobny portfel, bo ceny są nadzwyczaj wygórowane). Bahnhofstrasse w Zurychu to jedna z najatrakcyjniejszych europejskich ulic dla robiących zakupy.

Jednak do najbardziej znanych szwajcarskich produktów należą oczywiście zegarki (które w przeważającej części przeznaczone są na eksport), sery i czekolady dostępne we wszystkich możliwych kształtach i wielkościach. Szwajcaria to również kraj potężnych banków. To przecież właśnie na tutejszych kontach swoje oszczędności lokują najwięksi bogacze świata.

Droga Szwajcario

Ceny w Szwajcarii należą do najwyższych w Europie. Zurych jest czwartym z najdroższych miast świata. Tymczasem szwajcarscy konsumenci nie chcą już sięgać do portfela głębiej, niż mieszkańcy innych państw. Organizacje konsumenckie rozpoczęły więc walkę o to, by Szwajcarzy nie musieli płacić średnio o 30% więcej, niż ich sąsiedzi. Bo np. cena samochodu, który w Niemczech czy we Włoszech kosztuje 24 tys. franków, w Szwajcarii wzrasta już do 30 tys. Nie zdziwmy się też, jeżeli za skorzystanie z autostrady przyjdzie nam zapłacić aż 40 franków, a wjeżdżamy do Szwajcarii samochodem wypożyczonym w innym kraju.

Jeśli już mowa o pieniądzach, obecnie w Szwajcarii starsze pieniądze są stopniowo zastępowane przez nowe banknoty, zabezpieczone przed fałszerstwem.

Dużo wolnego

Godziny otwarcia sklepów reguluje prawo, które jednak w większych miastach i ośrodkach turystycznych stało się bardziej liberalne i zezwala na dłuższe działanie sklepów. Jednak w mniejszych miasteczkach i wioskach nie powinny dziwić nas sklepy zamknięte w południe (przerwa na lunch) czy niepracujące w poniedziałki (uwaga – wiele aptek nie pracuje za to we wtorki), a w pozostałe dni tygodnia działające od 9.00 do 18.30. Wyjątkiem są czwartki, kiedy to możemy robić zakupy do 20.00 lub 21.00 – jednak przeważnie tylko w większych miastach. W soboty sklepy działają do 16.00, a w niedziele są zamknięte (wyjątek to piekarnie – po świeże bułeczki możemy udać się w niedzielę w godzinach porannych). Jeśli nie możemy czekać na otwarcie sklepu, mamy jeszcze możliwość dokonania zakupu w specjalnych automatach, czynnych 24 godziny na dobę. Robot podaje nam wtedy towar, który wybieramy na panelu kontrolnym.

Kuchnia szwajcarska?

Szwajcarskich dań nie zalicza się do zbytnio wyszukanych. Mięso, ziemniaki i sery, szczególnie pod postacią fondue – to główne tamtejsze potrawy. Jeśli chodzi o czekoladę – szwajcarską specjalność – jada się jej rzeczywiście dużo, np. z… chlebem: pół tabliczki położonej na kromce to przysmak nie tylko dzieci. Szwajcarzy potrafią zrobić też dobry sos do warzyw i wspaniały deser. Poza tym kuchnia szwajcarska specjalnie się nie wyróżnia – w zachodniej jej części są wpływy kuchni francuskiej, w południowej – włoskiej, a w północno-wschodniej – niemieckiej.

Jeśli chodzi o restauracje, a ściślej o napiwki, to ich dawanie nie jest ani konieczne, ani oczekiwane. I tak są urzędowo doliczane do rachunków za usługę (15%). Nawet w taksówkarze dodają specjalną opłatę za kurs.

Szwajcarska jakość

Niedawno szwajcarski związek rolników wpadł na pomysł umieszczania na niektórych produktach rolnych znaku „Siusse Qualité”. Jednak organizacje konsumenckie nie popierają tego pomysłu, bo, jak tłumaczą, znak „szwajcarskiej jakości” może budzić w konsumentach bezpodstawne oczekiwania. Bo jak, załóżmy w przypadku warzyw i owoców, można mówić o lepszej szwajcarskiej jakości? Co prawda po produktach tak oznakowanych można się spodziewać, że nie będą zawierały organizmów genetycznie modyfikowanych oraz że ich składniki surowe będą w 100% pochodzenia szwajcarskiego. Dotyczy to jednak raczej produktów odzwierzęcych.

Niemniej jednak sformułowanie „szwajcarska jakość” to wcale nie koniecznie puste słowa – Szwajcarzy słyną przecież z przykładania dużej wagi do jakości. I to nie tylko jeśli chodzi o jakość składników menu, ale też innych produktów oraz… manier. Na te ostatnie lepiej w Szwajcarii zwracać uwagę. W żadnym wypadku, na przykład, nie wolno spóźnić się na umówione ze Szwajcarem spotkanie. Nawet krajobraz zdaje się w Szwajcarii podporządkowywać zasadzie zachowania wysokiej jakości. Czaru Szwajcarii dodają niewątpliwie Alpy ze swymi majestatycznymi szczytami oraz pełnymi uroku przełęczami i dolinami. No i oczywiście z charakterystycznymi sielankowymi łąkami, gdzie pasą się czyściutkie krowy, z których to mleka powstaną szwajcarskie sery i czekolady.

Może właśnie dzięki tej dbałości o jakość Szwajcaria jest dziś stabilnym, bogatym krajem, w którym – jak się wydaje – panuje wszechobecny porządek. Zupełnie jak w sprawnie działającym… mechanizmie szwajcarskiego zegarka.

W imię konsumenta

Konsument szwajcarski może liczyć na Fundację Ochrony Konsumentów (SKS). Ta niezależna organizacja stoi na straży jego praw zarówno od strony socjalnej, jak i etycznej oraz ekologicznej. Co to oznacza w praktyce? SKS walczy przede wszystkim o: zdrową, ekologiczną żywność; lepsze prawa socjalne dla korzystających ze służby zdrowia; oszczędny obrót energią; wykorzystywanie najnowszych technologii, ale bez skutków ubocznych dla zdrowia ludzi i dla środowiska. Ostatnio na przykład organizacja włączyła się w walkę o zmniejszenie wciąż rosnących kosztów związanych ze służbą zdrowia i kasami chorych. Chce być drogowskazem w dżungli taryf firm telekomunikacyjnych oraz ostrzega przed importowanym mięsem, które ląduje na talerzach Szwajcarów, a może być niebezpieczne. Jeśli trzeba, wnosi sprawy do sądu przeciw nieuczciwym producentom, tak jak to miało miejsce z firmą Novartis, która sprzedawała stary lek jako nowy i w dodatku jeszcze drożej. SKS nie tylko walczy o przestrzeganie praw konsumentów, ale też informuje o nich. A robi to m.in. przez specjalne linie telefoniczne przeznaczone dla konsumentów oraz na łamach własnego czasopisma, które zresztą publikuje testy porównawcze różnych produktów i współpracuje z niemiecką Fundacją Warentest.

Co słychać u konsumenta szwajcarskiego?

Cena na produkt

Konsumenci denerwują się, że w niektórych sieciach sklepów ceny przestały być umieszczane na każdym produkcie. Do czterech organizacji konsumenckich (z czterech stref językowych Szwajcarii) zaczęły napływać skargi na taki stan rzeczy, więc wystosowano petycję, w której organizacje domagają się, by cena była umieszczona tam, gdzie jej miejsce – czyli na produkcie. Nowa praktyka podawania cen tylko na półkach z towarami wiąże się z wieloma utrudnieniami dla konsumentów: podwyżki cen trudniej zauważyć, trudno ustalić właściwą cenę przy kasie, jeżeli została wbita zła, np. sprzed zmiany, której jeszcze nie w kasie zaprogramowano. Trudno też porównać ceny z dwóch różnych sklepów.

Ryzykowny wynalazek

Firmy oferujące karty bankomatowe chcą wiedzieć, co i kiedy kupują ich klienci. Nowe technologie umożliwiają takie wejście w sferę prywatności konsumentów. W lipcu tego roku szwajcarska firma przedstawiła swój nowy produkt – nowoczesny chip, który ma zastąpić pasek magnetyczny na kartach płatniczych Maestro. Dzięki temu bezpieczeństwo transakcji mogłoby się zwiększyć, a ich czas skrócić. Jednak to tylko połowa prawdy o nowym wynalazku. Chip bowiem umożliwi również obserwowanie zachowań konsumenckich posiadaczy kart. Zbieranie tak dokładnych i prywatnych danych o ludziach niesie za sobą ogromne ryzyko wykorzystania ich do niecnych celów.

Papierosy dla młodzieży?

10 lat temu przedstawiciele szwajcarskiego przemysłu tytoniowego obiecali w dżentelmeńskiej umowie, że nie będą reklamować papierosów w pismach adresowanych do młodzieży. Czy jednak dotrzymali słowa? Wystarczy przejrzeć kilka młodzieżowych gazet, a przekonamy się, że nie. Do akcji przystąpiły zatem organizacje konsumenckie, które wniosły w tej sprawie zażalenie.

Stara nowość

Firma Novartis wprowadza konsumentów w błąd – oburza się konsumencka organizacja SKS. Chodzi o lek na ból gardła, który jest reklamowany jako nowość, a tak naprawdę identyczny produkt można kupić już od siedmiu lat. Jedyną różnicą jest jego nazwa oraz cena – rzekoma nowość kosztuje o 43%… więcej. Sprawa trafiła już do sądu.

Kampania antygrypowa

Szwajcarskie Ministerstwo Zdrowia rozpoczyna jesienno-zimową walkę z grypą. W swojej prewencyjnej kampanii zaleca Szwajcarom zaszczepienie się przeciw grypie. Chce do niego zachęcić więcej osób, szczególnie z grup zwiększonego ryzyka (ludzi po 65. roku życia i chronicznie chorych), niż w zeszłym roku, kiedy to na grypę zaszczepił się co drugi mieszkaniec Szwajcarii.

Kraj czterech języków

W Szwajcarii obowiązują aż cztery języki urzędowe: niemiecki, francuski, włoski i retoromański – każdy w osobnym obszarze językowym. Mimo to Szwajcarzy mają silne poczucie wspólnoty narodowej. Językiem dominującym jest niemiecki, którym posługuje się 65% ogółu ludności. Języka francuskiego używa 18% Szwajcarów, włoskiego – 12%, a retoromańskiego zaledwie 1%.

Spłaty na raty – Kredyty ratalne

0

Zdarza się, że brakuje nam gotówki na wymarzony zakup – rower, kuchenkę mikrofalową, samochód… Obecnie na raty można kupić już niemal wszystko, nawet droższą odzież. Wiele osób decyduje się w takiej sytuacji na kredyt ratalny. Oferty kredytów ratalnych są kuszące, przed dokonaniem zakupu warto im się jednak przyjrzeć z bliska.

Kredyt ratalny to taka pożyczka, kiedy nie dostajemy gotówki do ręki – zakup kredytuje nam sklep, bank, a najczęściej firma – pośrednik sprzedaży ratalnej. Pieniądze w formie bezgotówkowej trafiają wprost do sprzedającego.

O co pytać?

Kiedy czytamy ulotki reklamowe hipermarketów czy sklepów AGD, często obok całościowej ceny towaru widzimy informację: „rata tylko…” i tu wstawiamy kwotę. Po zsumowaniu wszystkich rat okazać się może jednak, iż oferta wcale nie jest aż tak korzystna, jak na pierwszy rzut oka nam się wydawało. W cenę wliczona jest bowiem prowizja dla udzielającego kredyt oraz odsetki. Należy więc zawsze pytać o wysokość prowizji oraz realnego oprocentowania kredytu. Warto porównać te wskaźniki z ofertą naszego banku – być może konsumencki kredyt gotówkowy będzie lepszym rozwiązaniem. Koniecznie należy też zapytać firmę udzielającą pożyczki, czy będziemy mogli spłacić zadłużenie wcześniej, zwłaszcza, gdy przewidujemy np. trwałą poprawę sytuacji finansowej czy choćby jednorazową premię. Jeżeli finansująca nasz zakup instytucja dopuszcza wcześniejszą spłatę, warto zapytać, czy pobiera prowizję za taką operację.
Uwagi te ważne są przede wszystkim przy zakupach na niewielką kwotę. W wypadku wyższych kwot ryzyko już nie jest aż tak duże. Od września obowiązuje ustawa o kredycie konsumenckim (obejmującą także kredyty ratalne). Niestety zapisy ustawy dotyczą tylko kredytów nie mniejszych niż 500 zł. Ustawa reguluje m.in. zasady reklamowania kredytów – tak, by każdy klient otrzymał pełną informację o rzeczywistych kosztach pożyczki. Nie wolno więc będzie w ulotkach podawać np. tylko oprocentowania bez podania wysokości prowizji. Nie będzie można podawać również samej tylko wysokości rat. Dzięki temu klienci będą mogli łatwo porównać oferty rozmaitych instytucji. Ustawa daje kredytobiorcom także możliwość wcześniejszej spłaty pożyczki.

Nowe przepisy pozwalają na odstąpienie w ciągu trzech dni od umowy o kredyt bez podawania przyczyny. Tak więc jeśli decyzja o zakupie okaże się nietrafiona lub po przeliczeniu domowego budżetu dojdziemy do wniosku, że nie stać nas na dany zakup, będziemy mogli z niego zrezygnować. Ustawa chroni jednak nie tylko kredytobiorcę, lecz i kredytodawcę. W wypadku gdy nie spłacimy choćby tylko jednej raty, kredytodawca może wypowiedzieć nam umowę i wymagać od nas jednorazowej natychmiastowej spłaty całego kredytu – niezależnie od tego, ile rat pozostało jeszcze do spłacenia.

Lepszy tańszy

Jakie kredyty ratalne warto więc wybierać? Oczywiście najtańsze. Coraz więcej sklepów oferuje ostatnio zakupy ratalne nieoprocentowane. Oferty te nie zawsze dotyczą całego dostępnego w sklepie asortymentu, lecz np. wybranych towarów. Pożyczki takie oferowane są zazwyczaj w porozumieniu z firmą pośrednictwa kredytowego. Tu jednak również należy przyjrzeć się dokładnie ofercie. W ulotce sklep może nie wspomnieć, że od udzielenia kredytu pobierana jest prowizja lub opłata manipulacyjna, czasem wyższa, niż w przypadku kredytu oprocentowanego.

Warto przypomnieć o jeszcze jednej pułapce dla zainteresowanych kredytami ratalnymi. Mogą być nią tak zwane systemy argentyńskie. Tu raty spłacamy, zanim otrzymamy wymarzony towar (w Polsce w tym systemie sprzedaje się np. samochody). Zdarza się, że kupujący nie zdaje sobie sprawy, iż od dokonania pierwszej wpłaty do otrzymania produktu może upłynąć wiele czasu, w najgorszym wypadku nawet kilka lat. W systemach argentyńskich w określonych odstępach czasu firma dokonuje losowania kredytobiorców, którzy otrzymają towar.

Kolejna sprawa, na którą należy zwrócić uwagę, to sprawdzenie, czy instytucja finansująca nasz zakup nie wymaga wpłacenia określonej sumy w wypadku, gdy chcemy wziąć cały zakup na raty. I przeciwnie, jeśli dysponujemy pewną ilością gotówki, zapytać, czy możemy za część zakupu zapłacić od razu. Wtedy odsetki będą mniejsze. Warto też wybadać kredytującą instytucję, jakie powody mogą stanowić o odmowie udzielenia kredytu.

Czasem odmawiają

Wymagane dokumenty to zazwyczaj dwa dowody tożsamości i zaświadczenie o zarobkach, rencie lub emeryturze. W przypadku osoby prowadzącej działalność gospodarczą lista wymaganych dokumentów jest dłuższa. Potrzebne będzie zaświadczenie z urzędu skarbowego o wysokości osiągniętych dochodów w ciągu ostatniego roku, zaświadczenie o nie zaleganiu z podatkami oraz podobny dokument z ZUS. Osoba taka musi dostarczyć też zaświadczenie o wpisie do ewidencji działalności gospodarczej. Niestety, nawet kiedy wszystkie dokumenty są w porządku, możemy kredytu nie dostać. Jednym z powodów odmowy jest niepochlebna opinia wystawiona kredytobiorcy przez Biuro Informacji Kredytowej – międzybankowej instytucji, zbierającej informacje o pożyczkobiorcach. Jeśli zdarzyły się nam w przeszłości problemy ze spłatą kredytu, następnego możemy nie dostać. Bank może też uznać, że nie stać nas na taki zakup i jego spłatę. Czasem sklep lub bank nie podaje wcale powodów odmowy.

Należy zawsze pytać o wysokość prowizji oraz realnego oprocentowania kredytu. Warto porównać te wskaźniki z ofertą naszego banku – być może konsumencki kredyt gotówkowy będzie lepszym rozwiązaniem.

Rysa zamiast wskazówki – Listy

0

Czego możemy spodziewać się po nowym zegarku? Że będzie działał przez długi czas, a jedyne, co może wymagać interwencji, to wyczerpana bateria. Pozory mylą.

Zegarek firmy Q&Q kupiłam w sklepie Apollo Electronics. Nie oczekiwałam niczego wspaniałego, bo czego można się spodziewać po zegarku za 50 zł? Ale nie przypuszczałam też, że tak szybko przestanie działać. Niestety, już w drugim tygodniu użytkowania odpadła wskazówka sekundnika, co spowodowało zatrzymanie się całego mechanizmu. Po 18 dniach od daty zakupu udałam się do sprzedawcy, by zgłosić reklamację. Ta została oczywiście przyjęta, a naprawa miała trwać do 14 dni. Jednak pozbawiona zegarka, musiałam zakupić kolejny – zrobiłam to w tym samym sklepie, w dniu zgłoszenia reklamacji. W związku z tym poprosiłam o adnotację w karcie zgłoszenia reklamacji – jest tam specjalne miejsce na takie uwagi – by zamiast zegarka zwrócono mi pieniądze. Sprzedawczyni zapewniła, że taka możliwość istnieje i jak tylko przyjdzie rozpatrzona reklamacja – da znać. Po około dwóch tygodniach sklep poinformował mnie, że mogę zgłosić się po naprawiony zegarek. Okazało się, że odzyskanie gotówki nie jest możliwe, gdyż zegarek dało się naprawić, a w takich przypadkach adnotacje na zgłoszeniu nie są uwzględniane. Prócz tego, że w karcie gwarancyjnej błędnie opisano naprawę (bo przecież synchronizacja to nie to samo, co przymocowanie wskazówki), to po dokładnym obejrzeniu dostrzegłam na szybce zegarka wyraźne zarysowanie, którego wcześniej nie było. Ten argument jednak sprzedawcy nie wystarczył do zwrotu pieniędzy. Ponownie wypełnił zgłoszenie reklamacji, a po kilkunastu dniach telefonicznie zaprosił po odbiór. Rysa ze szkiełka nie znikła, mimo to obsługująca w tym dniu pani za wszelką cenę starała się udowodnić coś innego. Zrezygnowana, poddałam się.

Czytelniczka

Konsument musi wiedzieć, że jeśli w kupionej przez niego rzeczy pojawią się wady, to ma do wyboru dwa sposoby złożenia reklamacji. Po pierwsze – może skorzystać z przepisów o rękojmi, po drugie zaś – zrobić użytek z gwarancji.
Rękojmia obowiązuje z mocy prawa przez rok od daty zakupu. Aby z niej skorzystać, nie są konieczne żadne dokumenty z wyjątkiem dowodu sprzedaży (paragon, rachunek). Sprzedawca ma obowiązek uwzględnić roszczenia konsumenta – wynika to z kodeksu cywilnego, który nakazuje temu pierwszemu, przez 12 miesięcy od daty zakupu, przyjmować reklamacje konsumenckie dotyczące wad, które ujawniły się podczas użytkowania sprzedanej rzeczy. Jedynym warunkiem uwzględnienia reklamacji jest powiadomienie o wadzie w ciągu miesiąca od jej wykrycia.

Na mocy rękojmi możemy żądać:
– wymiany wadliwej rzeczy na nową, wolną od wad
– obniżenia ceny
– zwrotu pieniędzy (ceny), przy jednoczesnym zwrocie wadliwej rzeczy
– naprawy rzeczy, jeśli sprzedawca jest jednocześnie jej wytwórcą.
Nieco inaczej ma się sprawa w przypadku gwarancji. Nie jest ona obowiązkowa dla żadnej ze stron, co oznacza, że producent czy też sprzedawca nie musi nam jej udzielić. Gwarancja to opracowany przez gwaranta (wystawcę karty gwarancyjnej) zbiór zasad postępowania, praw i obowiązków (zarówno producenta jak i konsumenta), który może być zastosowany, gdy w zakupionej rzeczy pojawią się wady.
Sprzedawcy często wykorzystują brak orientacji klientów w przepisach prawnych, stąd też zdarzają się podobne sytuacje. Czytelniczka miała prawo prosić o zwrot pieniędzy, a pracownik sklepu powinien zastosować się do przepisów o rękojmi.