0,00 zł

Brak produktów w koszyku.

Strona główna Blog Strona 237

Kult ciała – Sterydy

0

Rynek sterydów jest w Polsce coraz lepiej zorganizowany, a wybór środków coraz większy. Sięgają po nie głównie ludzie młodzi. Chcą mieć piękne i umięśnione ciała jak najszybciej i jak najmniejszym nakładem pracy. Niektóre źródła podają, że nawet 80% bywalców siłowni może przyjmować anaboliki.

– Moją specjalnością jest kontrola masy ciała. Nie zajmuję się jednak w profesjonalny sposób kulturystyką. Tym niemniej zgłasza się do mnie wiele osób, które drogą na skróty chcą ominąć stosowanie odpowiedniej diety i odżywek. Wyrzucam je po prostu za drzwi – mówi Hubert Krystofiak, lekarz Centralnego Ośrodka Medycyny Sportowej w Warszawie.

Walczyć o zdrowie

Krystofiak nie odmawia pomocy zdesperowanym rodzicom, którzy w rzeczach swoich pociech odkryli dziwne medykamenty. Jako skrajny przykład podaje pewnego piętnastolatka, który w ciągu roku przytył 22 kg.

– Staram się wytłumaczyć jakie mogą być konsekwencje stosowania tego typu środków – dodaje Krystofiak. A jest o co walczyć, gdyż organizm nafaszerowany sterydami przestaje dobrze funkcjonować. Skutki uboczne to rozregulowany układ hormonalny, zła praca serca, nerek i mózgu. W przyszłości zagrożone może być ojcostwo.

W specjalistycznych sklepach dostępne są odżywki zawierające kondensaty białkowe lub węglowodanowe. Wśród nich jest tak ostatnio modna kreatyna. Dr Krystofiak wyjaśnia, że odżywki te są przeznaczone głównie dla osób zajmujących się wyczynowo sportem. Ten, kto uprawia go rekreacyjnie, niepotrzebnie wydaje pieniądze.

Na duże zainteresowanie odżywkami ćwiczących w fitness klubach zwraca uwagę Leszek Legal, wiceprezes działającego już od 42 lat stołecznego ośrodka Herkules. Jego zdaniem w małych miastach, których placówki nie oferują zbyt ciekawego programu spędzania wolnego czasu, możliwe jest częste sięganie po sterydy. – U nas tego nie ma. Odwiedzają nas osoby w przedziale wieku 15-80 lat, od robotnika do profesora. Swego czasu mieliśmy dziewięćdziesięciolatka, który na ławeczce wyciskał 100 kg. Uważam, że stosowanie anabolików przez aktorów czy uczącą się młodzież nie miałoby sensu, gdyż spowalniają one działanie umysłu. Tak reklamowane ostatnio odżywki już po trzech miesiącach mogą dać efekty – mam tu na myśli zbicie wagi – wyjaśnia Legal.

Anabol na telefon

Dwudziestoośmioletni Piotr z Piły w programie nakręconym przez TVN potwierdza jednak, że amatorów szybkiego „udoskonalania” własnego ciała wciąż nie brakuje. – Pewnego razu na siłowni spotkałem chłopaka, który zapytał mnie, ile czasu potrzeba, aby wyglądał tak jak ja. Kiedy dowiedział się, że ćwiczę pięć lat, odparł, że chyba jestem niespełna rozumu. On to osiągnie w kilka miesięcy – Piotr przypomniał rozmowę sprzed pół roku.

Presja środowiska, w którym żyją młodzi ludzie (zwłaszcza słabiej wykształceni) jest tak wielka, iż pcha ich w ramiona różnych handlarzy i pseudolekarzy, którzy chcą osiągnąć jak największy zysk. Anabole, czytaj testosteron, metanabol czy nandrlon, są łatwo dostępne na siłowniach przez telefon czy internet. Tak uważa dużo osób bezpośrednio związanych ze sportami siłowymi. Oczywiście dla wielu potencjalnych nabywców sterydów cena nie gra roli.

Podkomisarz Marcin Szyndler z KG Policji sądzi, że dostęp do niedozwolonych specyfików nie jest na szczęście taki łatwy. Jego zdaniem ktoś spoza środowiska musi sobie zapracować na zaufanie. Sytuacja przedstawia się podobnie jak z narkotykami. Niezbędny jest kontakt z dealerem. Szyndler dodaje, że do tej pory nie stwierdzono w Polsce handlu anabolikami na większą skalę. Za nielegalny obrót nimi grozi kara pozbawienia wolności do dwóch lat wynikająca z ustawy o środkach farmaceutycznych.

Jest jeszcze inny aspekt sprawy: – Niestety młodzi ludzie, którzy kupują sterydy, często nie mają świadomości, że przyjmują leki dla… koni – mówi komisarz Sławomir Cisowski, rzecznik KG Policji. To prawda. Substancje, które docierają do nas ze Wschodu, ale także i z Zachodu, w dużej części powinny być stosowane w weterynarii. Jeśli już są przeznaczone dla ludzi, to często są kiepskiej jakości. Dawkowanie bez wiedzy lekarza też nie pozostaje bez znaczenia. Rynek anabolików w Polsce ma się dobrze, gdyż pięknie wyrzeźbione ciało jest teraz w modzie. Wyrzeźbione nawet kosztem zdrowia…

Ludzie, którzy kupują sterydy, często nie mają świadomości, że przyjmują leki dla… koni.

Apteka domowa – Sposoby na zahartowanie

Skąd bierze się wrażliwość dzisiejszej generacji, skąd ta uderzająca łatwość nabawiania się wszelkich chorób? Powodem jest brak hartowania. Czujemy dotkliwie każdą zmianę powietrza; przejściom z jednej pory roku do drugiej towarzyszy zwykle zaziębienie, katar. Dla usunięcia tego nędznego stanu potrzeba koniecznie hartować się.

Polska Duma Narodowa

0

„Jedna już tylko jest kraina taka,
W której jest trochę szczęścia dla Polaka…”

Co łączy Kopernika, Zygmunta III Wazę i „Pana Tadeusza”? Wbrew pozorom wcale nie podręcznik historii tylko… sklep monopolowy. Nazwiska polskich bohaterów coraz częściej trafiają bowiem na etykiety alkoholi. Czy producenci, zestawiając patriotyzm z reklamą, nie zapominają o właściwych proporcjach?

Kolejne polskie firmy nadają wódkom imiona władców, uczonych, a nawet postaci literackich. I nikt nie dba o to, czy np. Zygmunta III Wazę ucieszyłby fakt, że królewskie imię służy do „zalewania robaka”. Co mają na względzie producenci alkoholu? Edukację społeczeństwa, promocję polskiej historii czy wyłącznie własny interes?

„O Matko Polsko! Ty tak świeżo w grobie
Złożona – nie ma sił mówić o tobie!”

Przed napisaniem artykułu przeprowadziliśmy krótką sondę. Wynik był dość szokujący. Nie znaleźliśmy ani jednej osoby, która pochwaliłaby nadanie wódce nazwy „Pan Tadeusz” i umieszczenie na niej fragmentu „Inwokacji”. I to bez względu na wiek, płeć czy wykształcenie. Choć z drugiej strony oburzenie społeczeństwa nie jest znowu aż tak wielkie, by ktoś markę bojkotował… Jednym słowem: pić można – ale przyznać, że wódka się podoba, już nie wolno. A producenci wódek zbijają fortunę na narodowym zakłamaniu.

Na Zachodzie koniak „Napoleon” czy likiery z wizerunkiem Mozarta nie dziwią nikogo. Są nawet symbolem luksusu. Czemu u nas jest inaczej? Bo dla Polaków wódka już od paru pokoleń stanowi narodowy kompleks. Podczas gdy na świecie produkcja dobrych alkoholi jest powodem do dumy. Typowy Francuz do kolacji wypija szklaneczkę wina – wielu Polaków nie zadowoli nawet pół butelki. Nim spadną pod stół, muszą przecież odpowiednio się znieczulić… W efekcie powiedzenie „pijany jak Polak” zna już cała Europa. I słowa Napoleona (który pochwalił w ten sposób polskich żołnierzy za to, że po alkoholu zachowują trzeźwość i są zdolni do walki) z komplementu zmieniły się w obelgę.

W takim kontekście, nadawanie wódkom nazw związanych z narodowymi bohaterami może się wydawać nie na miejscu. Czy jednak producenci alkoholu to dostrzegają? – Nie sądzę, by któryś z Polaków oburzał się, że wódkę nazwano imieniem króla – stwierdza Franciszek Kot, główny technolog Polmosu w Toruniu. – Myślę, że w miarę wzrostu naszej kultury, pewnego obycia, wzrośnie też w Polsce akceptacja dla tego rodzaju nazw.

Podobnie uważa przedstawicielka Polmosu w Zielonej Górze. – Wydaje mi się, że my, Polacy traktujemy wódkę jako monstrum, ale to wina naszej kultury picia. Na świecie wódka jest towarem luksusowym. Wydaje mi się, że przez to sami się ograniczamy – mówi Elżbieta Gołdyka. – Tworzenie alkoholi to pewien rodzaj sztuki. I powiem to, co myślę od dawna: przez to, że ograniczamy się ustawami i nie możemy mówić wprost o walorach pewnych alkoholi – jak likiery czy aperitify – tej kultury spożywania alkoholu w Polsce nie zmienimy. Polak najlepiej zna wódkę czystą. O tym, że alkohole z dodatkami ziół mogą pomóc na przeziębienie czy, że kieliszek wina do posiłku ułatwia trawienie, nikt go nie uczy.

Czy pospolita wóda, po dodaniu eleganckiej nazwy, może zmienić się w trunek szlachetny? Miło wierzyć, że to taka metoda „małych kroczków”. Że najpierw wódkę ładnie nazwiemy, później zaczniemy ładnie pić z małego kieliszka (zamiast z gwinta)… Ale edukacja społeczeństwa jest chyba jednak bardziej skomplikowana…

„Będą czas mieli słuchać o przeszłości!
Wtenczas zapłaczą, nad ojców losami,
I wtenczas łza ta ich lica nie splami.”

Ogólnie znana, budząca pozytywne skojarzenia nazwa, zapewnia jednak sukces w marketingu. Najlepszym tego przykładem jest wódka „Copernicus”. Z jednej strony, nazwisko astronoma symbolizuje polską wiedzę i tradycję. Z drugiej, bezpośrednio kojarzy się z Toruniem, gdzie alkohol jest produkowany. Żeby ten efekt wzmocnić, producent dodaje nawet do niego miód – główny składnik słynnych toruńskich pierników.

Na podobnej zasadzie funkcjonują też nazwy „Sigismundus III Vasa” czy „Batory vodka”. Dla Polaków imiona królów to wspomnienie czasów, kiedy ojczyzna nie była zaściankiem, lecz potęgą. Zaufanie, narodowa duma, ale też obietnica starej, unikalnej receptury – wszystko zawarte nazwie alkoholu… Dodajmy, że alkoholu, którego owi władcy nigdy nie mieli w ustach. Bo wódki, tak naprawdę, zaczęły być w Polsce popularne dopiero w XVIII w. – wcześniej nazywano tak jedynie lecznicze wywary z ziół. Ale dla producenta to nie problem: – To nie ma z tym nic wspólnego. Wybiera się po prostu nazwę, która będzie dobrze brzmiała – stwierdza krótko Franciszek Kot.

Jedną z takich nazw jest też „Belvedere” – wódka Polmosu z Żyrardowa. I ta może już wzbudzać spore kontrowersje. W świadomości wielu Polaków Belweder jest bowiem wciąż związany z osobą Prezydenta RP. Co prawda nawiązanie do prestiżu głowy państwa nie jest tutaj bezpośrednie, ale producent i tak bardzo na nie liczy. – (…) Skojarzenia, jakie ma wzbudzić nazwa: luksus, wysoka jakość, produkt polski. (…) Samo słowo belvedere jest zrozumiałe dla konsumentów z różnych krajów i wywołuje ono u większości skojarzenia pozytywne. Niewątpliwie nie tylko Polacy, ale również osoby zagraniczne kojarzą te nazwę z rezydencją polskiego Prezydenta. Wykreowany przez nas produkt tak wysokiej klasy i jakości i tak luksusowy może być tylko naszą dumą, a widniejący na nim wizerunek pałacu Belvedere podkreśla polski charakter tej wódki – stwierdza Jolanta Woźnicka z Polmosu w Żyrardowie. Trochę dziwi jednak fakt, że przedstawicielka firmy, odpowiadając na nasze pytania, jedno z nich całkowicie zignorowała. Pytanie o to, czy Polmos podarował kiedyś swoje wyroby Prezydentowi RP. A przecież, skoro firma jest tak dumna ze swojej wódki, przesłanie jej w prezencie do kancelarii głowy państwa byłoby niezłą reklamą. I stanowiłoby minimum uprzejmości – zwłaszcza, że producent zarabia właśnie na skojarzeniu alkoholu z Prezydentem RP… Jolanta Woźnicka wolała jednak ten temat przemilczeć. Czyżby Polmos, tak naprawdę, nie uważał wódki za produkt godny szefa państwa?

„Kraj lat dziecinnych! On zawsze zostanie
Święty i czysty, jak pierwsze kochanie,
Nie zaburzony błędów przypomnieniem,
Nie podkopany nadziei złudzeniem,
Ani zmieniony wypadków strumieniem.”

Jeszcze lepszy sposób na reklamę to jazda „na gapę” – korzystanie z rozgłosu, jaki wzbudził inny produkt. W ten sposób na fali zainteresowania filmem „Pan Tadeusz” wypromowano wódkę o takiej samej nazwie. – Ruszyliśmy z przygotowaniem tego projektu mniej więcej w momencie, kiedy kręcono film i od tego momentu produkt zaistniał na rynku. I dobrze się sprzedaje – mówi Elżbieta Gołdyka. – To był bardzo dobry moment i rzeczywiście wykorzystaliśmy nieco promocję filmu, choć bez porozumienia z jego producentami. Zresztą nasz znak zastrzegliśmy w urzędzie patentowym dużo wcześniej.

Czy taka strategia jest uczciwa? Na pewno zgodna z prawem, ale… nie zapominajmy, że producenci wódki skorzystali tutaj nie tylko ze sławy, jaką cieszy się poemat Mickiewicza. W równym stopniu na konsumentów działa też magia filmu i jego twórców: reżysera, głównych aktorów… I, w przeciwieństwie do wieszcza, ci artyści mogą czuć się urażeni, że ktoś wykorzystał ich pracę dla własnej promocji.

Najwięcej kontrowersji wzbudza jednak fakt, że producent wódki, w celu „podrasowania” produktu, na etykiecie wydrukował fragment poematu. – Rzeczywiście, jest kawałek „Inwokacji” z tyłu butelki, na etykiecie – takie nawiązanie do książki – przyznaje Elżbieta Gołdyka. – Cała stylistyka butelki, jej grafika, pochodzi z pierwszego wydania „Pana Tadeusza”. I to wszystko daje odrobinę polskości ludziom, którzy mają do czynienia z tym produktem. Są to rzeczy, które skłaniają do jego kupna. To prezent wożony za granicę, właśnie ze względów patriotycznych.

Być może dlatego nikt z firmy nawet się nie zainteresował, jak w „Panu Tadeuszu” wyglądają opisy szlacheckich biesiad. A przecież taki fragment poematu byłby na etykiecie bardziej na miejscu, niż „Inwokacja” – dla niektórych Polaków tekst wręcz święty. Ale wtedy już nie tak łatwo byłoby „zagrać” na patriotyzmie konsumentów z zagranicy…

Czy po „Panu Tadeuszu” do monopolowego trafią kolejne lektury? Czas pokaże. Już teraz amatorzy trunków żartobliwie mówią „idę poczytać”, zamiast „idę coś wypić”. A producent wódki, słysząc to, z radości zaciera ręce…

Czy grozi nam, że imiona narodowych bohaterów będą wykorzystywane bez ograniczeń – bez względu na cel i produkt? Na szczęście nie. Urzędnicy zawsze mogą odmówić zarejestrowania nazwy, która obraża narodowe uczucia Polaków. Niepokoi jednak fakt, że sposób, w jaki producenci wykorzystują dobra polskiej kultury – np. tekst „Pana Tadeusza” – w ogóle nie interesuje Ministerstwa Kultury. A to przecież ono powinno stać na ich straży. Kiedy poprosiliśmy Ministerstwo o informacje, w jaki sposób są (lub nie) chronione narodowe symbole (nazwiska królów, dawne dzieła literatury itp.) okazało się, że… tak naprawdę nikt na ten temat nic nie wie. Departament Prawny przez bity miesiąc nie był w stanie odpowiedzieć na żadne z naszych pytań. Nawet na to, czy fragmenty „Inwokacji” można wykorzystywać zawsze i wszędzie – choćby i na opakowaniu prezerwatyw… Biuro prasowe Ministerstwa tłumaczyło, że „problematyka ta jest bardziej złożona, niż można się było spodziewać”, a Departament Prawny ma tyle pracy, że nie może doszukać się odpowiedzi. W to ostatnie nie wątpimy. Dziwi jednak fakt, że ochrona jednego z najważniejszych dzieł polskiej literatury, „Pana Tadeusza”, stanowi dla Ministerstwa Kultury aż taką zagadkę…

W tej chwili na „rynku” polskiej historii tłoku jeszcze nie ma. Słowacki, „Quo vadis”, „Konrad Wallenrod” czy Bolesław Chrobry są ciągle do wzięcia. Rodzimy przemysł monopolowy – nawet, gdy nie wykaże się inwencją – przyszłość ma więc zagwarantowaną. I producenci pewnie „wychowają” w końcu konsumentów, którym poezja na flaszce nie będzie przeszkadzać. A Adam Mickiewicz pisał:

„O gdybym kiedy dożył tej pociechy,
Żeby te księgi trafiły pod strzechy…”

Sekreta toaletowe – Domowe sekrety

Proszek do paznokci

Staranne utrzymanie paznokci należy do najwyższej elegancyi i kokieteryi kobiecej. Starania około nich upiększają nawet niezbyt ładną rękę. Chcąc nadać paznokciom pewną, różowawą barwę, gładkość i połysk, należy je nacierać co parę dni następującym proszkiem: Jedną drachmę tlenku czystej cyny zaperfumować olejkiem lawendowym i zabarwić kilkoma kroplami karminu. Rozciera się taki proszek w porcelanowym naczyniu, porcelanowym wałkiem aptecznym – kładzie w słoiczek porcelanowy i naciera paznokcie miękką skórką.

Szałwia na osad

Chcąc pozbyć się osadu na zębach najskuteczniejszym środkiem jest odwar z szałwi zwyczajnej, którym się płucze kilka razy na dzień zęby, trzymając go letni w ustach po kilka minut. Po niejakim czasie sam osad odpadać zacznie. Zachowawczym zaś środkiem przeciw takowemu jest proszek szałwiowy na pół z proszkiem z węgla lipowego, którego się używa jak zwykle, przy porannym umywaniu zębów szczoteczką.

Środek na skaleczenie

Na skaleczenie doskonałym środkiem jest posmarowanie miejsca skaleczonego mieszaniną równych części aloesu z tynkturą miry, a nawet obwinięcie miejsca skaleczonego gałgankiem umoczonym w tej mieszaninie. Drugi wyśmienity sposób: zarżnąwszy się w palec czy też w rękę, wyssać krew ustami i natychmiast zmoczyć miejsce bolące spirytusem lub wodą kolońską, co jedno znaczy – ta ostatnia zaś zwykle pod ręką.

Woda na oziębienie rąk i nóg

16 g chlorku wapna suchego i świeżo spreparowanego wsypać do porcelanowego moździerza i zwilżyć cokolwiek zwyczajną zimną wodą. Wziąć następnie czysty tłuczek i proszek ten rozetrzeć. Do otrzymanej w ten sposób białawej maści dolać kwaterkę wody, przemieszać razem przecierając tłuczkiem i przecedzić przez gruby muszlin. Na pozostałe nierozpuszczone części chlorku lać po trochu nową kwaterkę wody. Po tym przemyciu połączyć obydwa przecedzone płyny i szczelnie zakorkować. Rano i wieczór nalewa się cokolwiek na miednicę tego płynu, macza w nim ręce lub nogi i dopiero po zaschnięciu płynu wyciera się ręcznikiem. Jest to skuteczny środek jednocześnie leczący i zapobiegający odmrożeniu.

Na podstawie „Cokolwiek bądź chcesz wyczyścić”, Warszawa 1887

Nowości – zdaniem producenta

0

Prażona przekąska

Na rynku pojawiły się prażone: pestki dyni, słonecznika i orzeszki sojowe. Producent, firma Ekoprodukt poleca je jako pożywną przekąskę oraz zapewnia, że proces prażenia nie spowodował utraty minerałów i witamin.
Cena:
dynia – 3,35 zł/100 g
słonecznik – 3,05 zł/100 g
orzeszki sojowe – 3 zł/100 g

Ekonomiczny płyn

Płyn do zmywania naczyń Ajax Antybakteryjny oraz Ajax Spring Sensations – Zielone Jabłuszko możemy teraz kupić w uzupełniającym opakowaniu. Pojemność saszetek jest taka sama, jak tradycyjnych opakowań, jednak ich cena jest o 25% niższa.
Cena:
butelka – 5,49 zł/450 ml
opakowanie uzupełniające – 4,11 zł/450 ml

Domowe pierogi

Pierogi „Dania Domu” przyrządzone jak domowe – o miękkim cieście i tradycyjnym farszu to nowość Malmy. Mamy do wyboru: ruskie, z kapustą i grzybami oraz z mięsem. Jedno opakowanie zawiera 16 pierogów, które są łatwe do przygotowania.
Ceny:
ruskie – 7 zł/371 g
z kapustą i grzybami – 6,77 zł/368 g
z mięsem – 6,36 zł/368 g

Mniejsze tarcie

W skład nowej linii kosmetyków dla mężczyzn Gillette wchodzą m.in. pianki i żele do golenia (pięć wariantów dla różnych rodzajów skóry). Ich konsystencja jest teraz gęstsza, a nowa receptura ma zmniejszać tarcie ostrza przy goleniu.
Ceny:
pianka – 14,21 zł/250 ml
żel – 18,89 zł/200 ml

Łazienkowa fala

Grzejnik łazienkowy Dolcea to nowość w ofercie firmy Rettig Heating. Poziome rurki kolektora zostały w nim wygięte na kształt fali, co ułatwia zawieszanie na grzejniku suszących się ręczników.
Cena: 919 zł/1116 x 496 mm

Szowinizm po polsku – Znaki konsumenckie

0

Swoboda przepływu towarów – to jedna z czterech podstawowych swobód obowiązujących w prawie Unii zapisana w art. 28 traktatu o utworzeniu Wspólnoty Europejskiej. Czy stosowanie znaków jakości promujących produkty z danego kraju (u nas należą do nich „Teraz Polska”, „Dobra polska żywność” czy „Dobre bo polskie”) łamie to unijne prawo?

„Markenqualität aus deutschen Landen” (w wolnym tłumaczeniu: znak jakości z niemieckiej ziemi) nadawany od lat produktom rolniczym i żywnościowym wytworzonym w Niemczech został przez Europejski Trybunał Sprawiedliwości uznany za niezgodny z prawem unijnym. Do znaku „Kupuj irlandzkie” również ma zastosowanie art. 28 – tak brzmi orzeczenie Trybunału.

Generalna zasada Trybunału mówi, że państwa należące do Unii – owszem – mogą stosować różnego typu znaki jakości, ale nie powinny one być związane z produkcją danego towaru w konkretnym kraju członkowskim. Dlaczego? Otóż, jak twierdzą unijni prawnicy, mogą one utrudniać pośrednio lub bezpośrednio handel wewnątrzwspólnotowy. A zatem wyobraźmy sobie sytuację, że producent np. niemiecki pisze na opakowaniu swojego towaru, iż jakość tego produktu jest związana z faktem, że został on wyprodukowany w Niemczech. Co taki napis może zasugerować konsumentowi? To, że towary niemieckie są lepsze od importowanych. Co, generalnie rzecz ujmując, nie jest oczywiście prawdą. Poza tym dla konsumenta liczy się tak naprawdę, czy towar, który kupuje, jest dobrej jakości, i to niezależnie od tego, gdzie został wyprodukowany.

Do szczególnie kontrowersyjnych oznaczeń umieszczanych na opakowaniach produktów należą znaki uznawane przez Komisję Europejską za „szowinistyczne”. Są one wyjątkowo silnie kwestionowane przez Unię, co nie dziwi, jeśli przed oczami stają choćby doświadczenia II wojny światowej i wszystkich jej tragedii, wynikłych właśnie z ideologii szowinistycznej. W kategorii znaków szowinistycznych zdaje się mieścić m.in. znane polskim konsumentom godło „Dobre bo polskie”, które może sugerować, że jeśli coś jest nie polskie, to jest niedobre.

Polskie znaki

Polski konsument podczas robienia zakupów może spotkać się z kilkunastoma różnymi znakami promocyjnymi umieszczanymi na produktach. Jednak do najbardziej znanych należą trzy: „Teraz Polska”, „Polska dobra żywność” i „Dobre bo polskie”.

Godło „Teraz Polska” może dostać towar dobrej jakości, którą mają potwierdzić konkurs i oceny ekspertów dokonywane w badaniach laboratoryjnych. – Nagradzamy w konkursie najwyższą jakość. Godło „Teraz Polska” jest świadectwem, że produkt, na którym ono się znajduje, rzeczywiście zasługuje na wyróżnienie ze względu na najwyższą jakość – tłumaczy Andrzej [Czernek], prezes Fundacji Teraz Polska. Z tym że próbki towarów badane w konkursie nie pochodzą ze sklepu, czyli stamtąd, skąd trafiają do koszyka konsumenta. Dostarcza je sam producent. Fundacja nie czuwa również nad tym, czy każdy nagrodzony produkt trzyma jakość, np. po pół roku. – Przeprowadzanie dodatkowych badań wiąże się z kosztami. My nie mamy takiej możliwości – wyznaje Andrzej [Czernek]. – Natomiast staramy się badać towary wyrywkowo – np. momencie, kiedy dostajemy sygnały od konsumentów czy z prasy, że jakość produktów nagrodzonych naszym godłem nie jest utrzymana – dodaje. Pozwolenie na umieszczanie godła na opakowaniu może co najwyżej nie być przedłużone na kolejny okres, jeśli takie badania wypadną źle. Badania finansuje sama Fundacja, zaś za umieszczenie godła na opakowaniu producent musi płacić 0,3% od obrotu uzyskanego ze sprzedaży swojego produktu z tym godłem. Rocznie wpada w ten sposób maksymalnie 80 tys. zł za jeden produkt do kasy Fundacji „Teraz Polska”.

Znak „Polska dobra żywność” przyznaje na trzy lata Minister Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Podstawowym warunkiem otrzymania tego znaku jest wysoka jakość produktu, a przede wszystkim jego surowców. Powinny one pochodzić wyłącznie z terytorium Polski, a produkcja musi być zgodna z unijnymi normami. Jeśli producent spełnia powyższe warunki może ubiegać się o znak, jeżeli tylko czuje się na siłach poddać się kwalifikacji, a następnie kontrolom sprawdzającym, czy aby nie odstąpił od deklarowanych w swoim wniosku: jakości, receptury i pochodzenia produktu. Kontrole te przeprowadzają inspekcje podległe Ministrowi. Jeżeli okaże się, że kontrola wypadła niekorzystnie dla produktu, fakt ten jest publikowany w prasie. Czy w historii „Polskiej dobrej żywności” już się to kiedyś zdarzyło? – Tak drastycznie jeszcze nie było. Natomiast zdarzyła się nieprawidłowość, ale producent dostał ostrzeżenie i poprawił się. Wszystko zostało zauważone w odpowiednim momencie – przypomina sobie Krystyna Kilanowska, przewodnicząca Komitetu Technicznego Programu „Polska dobra żywność”. Za korzystanie z ministerialnego znaku producenci płacić nie muszą, muszą natomiast pokrywać koszty wykonywanych badań laboratoryjnych.

„Dobre bo polskie” to z kolei konkurs konsumencki, co oznacza, że produkty wybierają tylko konsumenci. Głosują oni na kuponach drukowanych w prasie bądź przez internet albo telefonicznie i w ten sposób wyłaniane są produkty, które są ich zdaniem lepsze od innych. Lepsze „pod każdym względem” – jak zapewnia Jerzy Błoszczyk, dyrektor konkursu „Dobre bo polskie”. Co w tym wypadku oznacza „pod każdym względem”? – Konsument ocenia opakowanie, taniość, jakość, smak – wylicza Jerzy Błoszczyk. „Pod każdym względem” nie znaczy jednak, że oceniana jest jakość produktu również w mikrobiologicznych i chemicznych badaniach laboratoryjnych. A przecież nie wszystko to, co nam smakuje, jest dobre. Bez policzenia bakterii w jogurcie czy oznaczenia zawartości wody w wędlinie nie będziemy wiedzieli, jaka jest wartość odżywcza i zdrowotna tych produktów. Niekiedy liczba bakterii, skład surowcowy, dodatki do żywności itp. mogą decydować o jakości tego, co jemy, a po smaku, zapachu i wyglądzie nie dowiemy się o nich. – Konsument może powiedzieć, co mu smakuje, ale nie zagłębia się w to, co jest w środku produktu. Ja np. jadłam w Stanach ciasteczka figowe, a dopiero później przeczytałam, co w nich jest. I wtedy od razu przestały mi smakować… – opowiada Krystyna Kilanowska z „Polskiej dobrej żywności”. Co więcej producentów obowiązują normy. A to laboratoria mogą wykryć, czy produkt ich nie spełnia i czy w związku z tym kwalifikuje się do śmieci. Ale Jerzy Błoszczyk nie uważa, żeby ocena tylko i wyłącznie konsumencka była niewystarczająca do wyłonienia najlepszych wyrobów: – To konkurs konsumencki, a nie kapitularny, gdzie można poprzez zestawy profesorskie osiągać przeróżne efekty, gdzie nawet można się dogadywać. Czasem i badanie laboratoryjne może wykazać bardzo dobre wartości czy wskaźniki, które wcale nie muszą sprawdzić się na języku konsumenta. Postanowiliśmy zaufać gustom samych konsumentów, którzy najszybciej wyłapią buble. Skoro towar dopuszczono do sprzedaży, kupił go konsument i nie dostał sensacji żołądkowych, to znaczy, że bublem nie jest.

Laureaci „Dobre bo polskie” mogą przez pięć lat umieszczać na opakowaniu logo konkursu, a ci, którzy dostali największą liczbę głosów, otrzymują statuetkę. Roczna opłata za używanie godła wynosi 400 zł.

Połączyć siły?

Każdy z organizatorów podkreśla wiarygodność swojego godła. Tylko co ma zrobić konsument, który stoi przed półką sklepową z różnymi rodzajami – dajmy na to – jogurtów i na każdym widzi inny znak konsumencki? Który ma wybrać? – My robimy badania rynkowe i konsumenci, proszę mi wierzyć, identyfikują towar z naszym godłem „Teraz Polska” jako dobrej jakości – mówi Andrzej [Czernek]. – Ja odpowiadam za swój znak, „Polska dobra żywność” i jeżeli jest na opakowaniu, to mogę zapewnić, że to produkt najlepszej jakości, że jest sprawdzony od A do Z i wszystko jest w nim w porządku – zapewnia Krystyna Kilanowska. – Napisano pracę magisterską o godle „Dobre bo polskie”, z której wynika, że jesteśmy drugim godłem (za „Teraz Polska”) w świadomości społecznej – tłumaczy Jerzy Błoszyk.

– Z pewnością wybór najlepszego zakupu byłby dla konsumenta łatwiejszy, gdyby organizatorzy konkursów połączyli siły i wspólnie nadawali produktom jeden rodzaj odznaczenia. Czy to jednak możliwe? – Nie, bo między nami istnieje jakiś rodzaj konkurencji. Poza tym na rynku jest miejsce dla różnych ocen – mówi stanowczo Jerzy Błoszyk. – To, że ktoś inny tworzy własne konkursy i ma własne godła, wynika z demokracji. Trudno więc odmawiać innym podmiotom prób nadawania godeł – przyznaje Andrzej [Czernek]. Pomysł połączenia sił nie podoba się również Krystynie Kilanowskiej, która uważa, że skoro najważniejszą osobą zajmującą się gospodarką żywnościową jest jej Minister, to ma on prawo wydawać swoje decyzje odnośnie jakości produktów oraz nadawać swoje znaki.

Jesteśmy szowinistami, ale nie do końca…

Co stanie się ze znakami konsumenckimi promującymi towary polskie, kiedy wstąpimy do Unii Europejskiej? Czy czeka je taki sam los, jak chociażby wspomnianych już znaków niemieckiego czy irlandzkiego – czy zostaną zakazane? Co na to organizatorzy konkursów?

Jerzy Błoszczyk wcale nie uważa, by jego hasło „Dobre bo polskie” sugerowało, że francuskie, rosyjskie, hiszpańskie itd. jest złe. Czy to oznacza, że towary produkowane przez inne narodowości są równie dobre, co polskie z umieszczonym godłem, mimo że tamte znaku nie posiadają? – Oczywiście – krótko kwituje dyrektor konkursu. – Bo wśród produktów „Dobre bo polskie” są i takie, które mają obcojęzyczne nazwy – tłumaczy. – U nas kryterium polskości produktu jest fakt, czy wytwarza się go z surowca polskiego, rękami polskiego robotnika i na polskiej ziemi, w polskiej fabryce. Tak że nie jesteśmy szowinistami do końca… Sam szowinizm jest chyba pożądany, nawet kiedy wejdziemy do Unii.

Co ma na myśli Jerzy Błoszczyk? Skrajna odmiana nacjonalizmu uznająca prawo własnego narodu do podbojów i panowania nad innymi narodami, przejawiająca się również bezkrytycznym stosunkiem do własnego narodu i pogardą, nienawiścią do innych narodowości – to właśnie jest szowinizm (wg „Słownika Wyrazów obcych”). Jerzy Błoszczyk jest, jak mówi, szowinistą nie do końca. Aż strach pomyśleć w jakiej części…

O los swojego godła się nie martwi: – Jeśli zakażą nam używania „Dobre bo polskie”, to przejdziemy na godła regionalne, które wycofane być nie mogą – zmienimy na „Dobre bo Wielkopolskie”, a mamy tu parę rzeczy do pokazania.

Krystyna Kilanowska również jest spokojna o znak „Polskiej dobrej żywności”, bo twierdzi, że nikt nie może zabronić używania hasła „dobra żywność” ani biało-czerwonych barw loga konkursu. A z przymiotnika „polska” najwyżej zrezygnują. – Ale droga przed nami jest jeszcze daleka i nie wiadomo, czy w ogóle znak będzie zabroniony – uspokaja przewodnicząca Komitetu Technicznego Programu.

– Ja nie rozumiem, w czym ma przejawiać się szowinizm godła „Teraz Polska” – mówi Andrzej [Czernek. – Zabronione może być używanie godła „Dobre bo polskie”, bo ono sugeruje, że obce jest złe. Natomiast nie „Teraz Polska”.

Jak zapewniają twórcy narodowych znaków jakości, ich celem jest promowanie polskich produktów, a co za tym idzie i naszego kraju. Cel ten sam w sobie wydaje się być jak najbardziej słuszny, z tym tylko że to promowanie nie powinno odbywać się kosztem produktów z innych krajów. Czy organizatorom konkursów udaje się wzmacniać wizerunek polskich produktów jako wysokiej jakości? Jerzy Błoszczyk opowiada o zeszłorocznych targach w Niemczech, na których swój pawilon mieli laureaci konkursu „Dobre bo polskie”. Niemcy życzliwie przyjęli Polaków. Powtarzali „gut weil polnisch” (dobre bo polskie), zajadając się polską kiełbasą i popijając polską wódkę… Bo póki co właśnie z tym kojarzą się na Zachodzie „dobre, polskie” towary.

Piotr Koluch
Joanna Wosińska

Państwa należące do Unii – owszem – mogą stosować różnego typu znaki jakości, ale nie powinny one być związane z produkcją danego towaru w konkretnym kraju członkowskim.

Niemcy powtarzali „gut weil polnisch” (dobre bo polskie), zajadając się polską kiełbasą i popijając polską wódkę…

Co na to specjaliści?

Małgorzata Niepokulczyska, prezes Federacji Konsumentów:

Na całym świecie prowadzone są działania mające na celu promowanie rodzimych produktów. Nie ma zatem niczego nagannego w samej filozofii konkursów typu „Teraz Polska” czy „Dobra polska żywność”. Są elementem marketingu mającym przełamać stereotyp (funkcjonujący zarówno wewnątrz naszego kraju, jak i poza jego granicami), że polski wyrób jest niskiej jakości. Problem polega jedynie na kryteriach przyznawania takiego znaku oraz na obiektywizacji ocen. Jeżeli wszystkie zasady rzetelności zostały zachowane, znak taki może być jedną ze wskazówek pomagającą konsumentowi w dokonaniu wyboru. Konsument sam o tym decyduje i to jest jego niezbywalne prawo, czy chce kupić wyrób produkcji krajowej, czy pochodzący z importu. Najbardziej wiarygodnymi znakami są takie, które przyznaje się na podstawie niezależnych testów konsumenckich wykonywanych przez organizacje konsumenckie na podstawie jednolitych kryteriów i metod badawczych. Czy po wstąpieniu do Unii Europejskiej powinniśmy nadal używać takich znaków? Jak najbardziej.

KOPCIUSZEK Z WIBRATOREM – Zagrożenia z internetu

0

„Za górami, za lasami, żyła sobie dziewczynka o imieniu Czerwony Kapturek… Paradowała po lesie w ubraniu głupiej dziwki (czerwona spódniczka, czerwona bluzeczka…) i zabawiała się z każdym, kogo spotkała na swej drodze: od myśliwego po wilka.” Szokujące? Jeśli twoje kilkuletnie dziecko ma dostęp do internetu, właśnie taką bajkę może zobaczyć na dobranoc.

Że nastolatków – zwłaszcza chłopców – do oglądania erotyki zachęcać nie trzeba, to fakt. Hormony „jakoś” wyszaleć się muszą. Rodzicom na pewno jednak nie zależy, by te poszukiwania przyspieszać. A już na pewno, by dziecko zetknęło się z pornografią w momencie, kiedy nie wyrosło jeszcze z bajek o księżniczkach i zaczarowanych żabach. Okazuje się jednak, że uchronienie malucha przed erotyką to w XXI w. nie lada wyczyn.

Co kilkulatek, jeśli tylko umie napisać na klawiaturze tytuł ulubionej bajki, znajdzie w Internecie? Sprawdziliśmy to korzystając z wyszukiwarek Wirtualnej Polski, Onetu oraz Interii. Przed komputerem spędziliśmy zaledwie godzinę. Ale już to wystarczyło, by ze zdziwienia zrobiły się nam taaakie duże oczy. Niemal, jak u pewnego wilka…

MEGABIUSTY I LALKI BARBIE

Przede wszystkim bez filtru rodzinnego – a taki automatycznie ustawia się jedynie w Onecie – po wpisaniu tytułu bajki wyszukiwarki od razu polecają strony z pornografią (bo erotyką nazwać to trudno). Serwisy tego rodzaju plasują się zwykle w pierwszej dziesiątce, a czasem nawet w pierwszej trójce podawanych adresów. Co znajdzie na nich dziecko?

Na miły podróży po internecie początek, hasło Kopciuszek kryje m.in. „J…ne Niunie”, a Jaś i Małgosia „megabiusty, wielkie cycki” oraz „polskie dziwki”. Rodzimą urodę docenia zwłaszcza serwis, na który trafimy wpisując hasło Sierotka Marysia. Tam kilkulatek może najpierw przeczytać iście bajkowy – i z pozoru niewinny – wstęp. Jak głosi reklama, autorzy strony gardzą „nadmuchiwanymi lalkami Barbie”, gdyż „(…) wokół nas jest tyle pięknych kobiet. Kopciuszków, które za dotknięciem czarodziejskiej różdżki mogą się przemienić we wspaniałą księżniczkę z Bajek 1001 Nocy”… Barbie, Kopciuszek – do kompletu brakuje tylko Baby Jagi. A zaciekawione dziecko może czytać dalej… I poznać bliżej kilkanaście ambitnych Polek. Np. Anulkę z Gdyni, która – jak głosi podpis do fotografii – „jest dojrzałą i bardzo namiętną s…ką jak sama o sobie mówi. Uwielbia l…ć i być l…a. Jak widać na zdjęciu lubi tez przeżuwać…:-)”. Pokaźną konkurencję stanowi dla niej Justyna. „Zaprezentowała nam jak potrafi się zadowolić swoim wibratorem. Potem w ruch poszły p…i, ś…i, m…i aż dopadł ją orgazm, gdy miała w sobie prawie całą b…ę… WOW!” – zachwyca się autor serwisu. Cóż, chylimy czoła przed rodzicem, który będzie umiał wytłumaczyć kilkulatkowi, o co z tym lizaniem, świeczkami i butelką dokładnie chodzi…:-(

A co z tytułową sierotką Marysią? Otóż, drogie dzieci i dorośli, okazuje się, że „Sierotka jest dziewczyną do towarzystwa. Lubi zarówno chłopców jak i dziewczynki.” Byle nie pomylić z baby-sitter…

WŚRÓD KRASNOLUDKÓW I… IMPOTENTÓW

Przed pornografią można dziecko obronić. Wystarczy zainstalować w domowym komputerze filtr rodzinny – to wiadomość dobra. Wiadomość zła to fakt, że nie istnieje filtr, który chroniłby również przed wulgaryzmami. Choćby dlatego, że na wielu stronach co mocniejsze określenia są częściowo „kropkowane”. W dodatku język polski ma już taką urodę, że nawet w wyrazie „zakochuje” tkwi nieprzyzwoity zestaw liter…

Na ile bajka może być nieodpowiednia dla dzieci? Ano poczytajmy: „Była sobie kiedyś młoda królewna, której widok sprawiał wszystkim przyjemność. Obdarzona była też nadzwyczaj miłym charakterem. Zwano ją Śnieżką, co wskazywało na rasistowskie połączenie przyjemnych i atrakcyjnych cech z bielą, a nieprzyjemnych i nieatrakcyjnych z czernią. I tak już w młodym wieku królewna Śnieżka stała się nieświadomym obiektem manipulacji będącej przejawem dyskryminacji kolorowych” – tak zaczyna się, krążąca po internecie nowoczesna bajka, której autorem jest James Finn Garner. Niewinne i zabawne? Tylko z pozoru. Później bowiem uśpiona Śnieżka ma zostać główną atrakcją… centrum terapeutycznego dla impotentów. A wszystko za sprawą niezwykle praktycznych krasnoludów… Dla większości internautów tego rodzaju bajka to dobry dowcip. Jednak rodzicom, których dzieci po lekturze zapytają „a kto to impotent?” może wcale nie być do śmiechu…

Jeszcze ciekawsze rewelacje czekają na maluchy na stronie „O Jasiu i Małgosi”. Tam można poczytać wierszyk:
„Mam tsy latka, tsy i pół,
ch*em sięgam ponad stół.
Do psedskola chodzę z wódką,
Mam fartusek z prostytutką (…)”
I tak dalej jeszcze przez dwie zwrotki… Niestety autor tego wiekopomnego dzieła pozostaje nieznany. Podobnie zresztą jak osoby, które wymyśliły i umieściły w internecie kilka serii bajkowych dowcipów. Np. o Sierotce Marysi: „Sierotka Marysia idzie do łazienki wykąpać się. Krasnoludki chcą ją podglądać, jednak są za małe, aby dosięgnąć dziurki od klucza. Uradziły więc, że staną jeden na drugim, a ten na górze będzie ją podglądał i mówił pozostałym co widzi. Gdy już dosięgnął dziurki od klucza mówi:

– Zdjęła stanik!
– Zdjęła stanik, zdjęła stanik, zdjęła stanik… – powtarzają szeptem jeden drugiemu, aż wieść doszła do stojącego na dole.
– I co, i co, i co? – pytanie wraca do tego na górze.
– Zdjęła majtki!
– Zdjęła majtki, zdjęła majtki…
– I co, i co, i co?
– Nic, stoi.
– Mnie też, mnie też, mnie też…”
Zabawne? Oczywiście. Ale czy aby na pewno tego rodzaju dowcipy nadają się dla każdego czytelnika? Bez względu na jego wiek? Niestety autorzy stron internetowych takie pytanie zadają sobie niezwykle rzadko. Zamiast nich robią to na razie naukowcy. W grudniu 2002 r. Rzecznik Praw Dziecka zorganizował nawet specjalną konferencję pod hasłem: „Dziecko a Internet. Szanse – zagrożenia”.

Przepisów, które chroniłyby maluchy przed szkodliwymi treściami w sieci właściwie nie ma. A gdyby nawet istniały, to nie wymyślono jeszcze technologii, która zapewniłaby ich przestrzeganie. Nie ma komputera, który po dotyku na klawiaturze rozpozna, że ma do czynienia z kilkulatkiem. Albo „zawiesi się” na moralnym dylemacie: otworzyć czy nie stronę z megabiustem?

Co więc zrobić, żeby internet uczył i bawił, ale nie był zagrożeniem? Rodzicom pozostaje tylko jedno: nie spuszczać dziecka – i ekranu komputera – z oczu.

Ramka:
Z badań przeprowadzonych w październiku 2002 r. na zlecenie Rzecznika Praw Dziecka wynika:

– 64% badanej młodzieży (w wieku 13-15 lat) miało nieoczekiwany kontakt z erotycznymi treściami w internecie.

– Najrzadszym powodem otwierania się stron erotycznych jest zapotrzebowanie na te strony.

– W zależności od płci i wieku 31-45% badanej młodzieży otrzymuje takie zaproszenia i prośby na swój adres e-mailowy, które mogą potencjalnie narażać na kontakt z treściami erotycznymi.

– 44% badanych, którzy otrzymali zaskakujące listy e-mailowe, wskazywało treści erotyczne, w tym listy od pedofili, propozycje współżycia, oferty prostytutek, pracy w nocnych klubach.

– Tylko 19% badanej młodzieży rodzice ustalili zakres korzystania z internetu.

Przykładowe odpowiedzi trzynastolatków na pytanie o najbardziej zaskakujący list w ich skrzynce e-mailowej:
– od nieznajomego dorosłego z propozycją spotkania i seksu
– od sześćdziesięciolatka, który nigdy nie miał kobiety
– pytanie od mężczyzny, czy chciałabym pracować w nocnym klubie
– od nieznajomego z sexy-obrazkami
– od pedofila
– reklama strony erotycznej

Małgorzata Karnaszewska

NAJLEPSZYM FILTREM JEST RODZIC
Rozmowa z Pawłem Kierenko z Biura Rzecznika Praw Dziecka, organizatora konferencji „Dziecko a Internet. Szanse – zagrożenia”:

ŚK: Czy jeśli kilkulatek przypadkiem zobaczy w sieci „gołe” zdjęcia, może mu to jakoś zaszkodzić?
PK:
Oczywiście. Treści czy obrazki pornograficzne wpływają i to bardzo negatywie na psychikę małego dziecka. Z kolei, jeśli chodzi o dzieci starsze, kilkunastoletnie, z naszych badań wynika, że najbardziej popularną formą korzystania z internetu są czaty. I na tych czatach dzieci spotykają czasem osoby dorosłe, pedofilów. Dostają też często e-maile z filmikami pornograficznymi albo wręcz z tego rodzaju propozycjami. To jedne z głównych zagrożeń.

ŚK: Czy można z tym jakoś walczyć?
PK:
Podczas konferencji nie było tak do końca zgody, czy można temu skutecznie przeciwdziałać. Obecnie nacisk kładzie się głównie na edukację medialną. W trakcie konferencji Minister Edukacji zapowiedział, że są już prowadzone rozmowy po to, by w przyszłym roku taki przedmiot wszedł normalnie do programu nauki. Z kolei w krajach Europy Zachodniej działają bardzo silne organizacje pozarządowe. Jest szereg wolontariuszy, którzy surfują i szukają w sieci podejrzanych stron. A gdy takie wyłapują, zgłaszają to agencjom rządowym, które je kasują. W Polsce działa już w ten sposób Fundacja Kidprotect. W Komendzie Głównej Policji powołano też specjalny pion, który usiłuje śledzić polskie strony w sieci szukając na nich pornografii czy pedofilii. Dwa lata temu okazało się np., że na serwerze Uniwersytetu Warszawskiego na liście dyskusyjnej kontaktują się ze sobą pedofile.

ŚK: A co w takiej sytuacji powinni robić rodzice?
PK:
Są programy filtrujące, ale można je oszukać. Rodzice nie mogą ich traktować jak stuprocentowe zabezpieczenie. Najlepsza forma kontroli jest wtedy, gdy dziecko korzysta z internetu razem z dorosłym opiekunem. Na konferencji przytoczono choćby przykład, kiedy rodzic szukał razem z dzieckiem informacji na temat baroku. Cóż bardziej literackiego, niż barok? Ale po wpisaniu tego słowa do wyszukiwarki, jako jedna z pierwszych pojawiła się strona erotyczna. Niestety rodzic jest – i pewnie długo jeszcze będzie – najlepszym „filtrem”. To on musi dziecku powiedzieć: „Z tego nie korzystamy”.

W artykule wykropkowano wyrazy najbardziej wulgarne i drastyczne sceny