0,00 zł

Brak produktów w koszyku.

Vegeta czy Kucharek? Test przypraw

4 PRZYPRAWY W TEŚCIE: Vegeta kontra Kucharek: Sprawdziliśmy popularne przyprawy uniwersalne, które Polacy od lat dodają do zup, sosów i codziennego gotowania – każdą w dwóch wersjach: klasyczną i naturalną. W laboratorium zbadano je pod kątem pozostałości pestycydów. Dodatkowo oceniamy także ich składy. Wyniki mogą zaskoczyć: Produkt z bardziej naturalnym składem nie okazał się liderem pod względem pestycydów. Zobacz, co naprawdę kryje się w przyprawach uniwersalnych i którą lepiej wybrać.

Trudno znaleźć w Polsce bardziej charakterystyczną przyprawę niż ta „uniwersalna”. Dla wielu osób to obowiązkowy dodatek do rosołu, zupy pomidorowej, sosów, mięsa czy ziemniaków. Jedna łyżeczka ma „zrobić smak” całego obiadu. I właśnie dlatego tego typu mieszanki od dekad cieszą się ogromną popularnością. Postanowiliśmy więc wziąć je pod lupę w laboratorium. Badania na zawartość pozostałości 520 pestycydów przeprowadził na zlecenie Fundacji Pro-Test Zakład Badania Bezpieczeństwa Żywności Instytutu Ogrodnictwa – Państwowego Instytutu Badawczego w Skierniewicach. Przyjrzeliśmy się też ich składom.

Analizie poddaliśmy cztery popularne produkty: Kucharek Przyprawa do potraw, Kucharek Smak Natury Przyprawa do potraw, Vegeta Natur Przyprawa warzywna do potraw i Vegeta Oryginalna.

Co naprawdę znajduje się w przyprawach uniwersalnych?

Takie produkty jak Vegeta czy Kucharek stały się elementem kulinarnej codzienności wielu Polaków. Dla części konsumentów mają wręcz status produktów kultowych – kojarzą się z domową kuchnią, smakiem dzieciństwa i sekretem dobrze doprawionych potraw.

Problem w tym, że klasyczne przyprawy uniwersalne od lat budzą też kontrowersje. Wszystko przez ich składy. W wielu tradycyjnych wersjach znajdziemy bowiem nie tylko suszone warzywa. Przyprawy uniwersalne w większości składają się z soli. Oprócz niej mają dodatek cukru, którego w przyprawie raczej się nie spodziewamy. W składzie znajdziemy też wzmacniacze smaku, takie jak glutaminian monosodowy oraz aromaty czy barwniki. To właśnie te dodatki sprawiają, że potrawy wydają się bardziej intensywne w smaku i „uzależniająco smaczne”.

Producenci zauważyli jednak, że konsumenci coraz częściej zwracają uwagę na etykiety i szukają „czystych” składów. Dlatego dziś zarówno Kucharek, jak i Vegeta oferują już nie tylko klasyczne wersje swoich przypraw, ale także warianty określane jako „naturalne”. Mają one prostsze składy, więcej warzyw i nie zawierają wzmacniaczy smaku, a czasem też cukru.

Czy jednak „naturalna” przyprawa rzeczywiście okazuje się lepszym wyborem? Co pokazały badania laboratoryjne pod kątem pozostałości pestycydów? Sprawdziliśmy.

OCENA BADANYCH PRODUKTÓW

Na pierwszy rzut oka badane przyprawy wyglądają podobnie. Po dokładnej analizie składów różnice okazują się jednak duże.

W naszej ocenie składów wzięliśmy pod uwagę: udział warzyw w produkcie, obecność wzmacniaczy smaku, przejrzystość składu oraz liczbę zbędnych dodatków technologicznych.

Miejsce 1. Kucharek Smak Natury Przyprawa do potraw, Prymat

Ocena ogólna: bardzo dobra (5,0)

Zwycięzca naszego testu znalazł się na czele rankingu po pierwsze dzięki temu, że ma najlepszy skład, a po drugie dlatego, że nie wykryliśmy w nim pozostałości pestycydów.

Już po analizie składu widać, że produkt wyróżnia się pozytywnie na tle konkurencji – nawet na tle drugiej przyprawy z testu ze słowem „natura” w nazwie, czyli Vegety Natur. W naturalnej wersji przyprawy Prymatu aż 40% stanowią bowiem warzywa, co jest najwyższym wynikiem w całym zestawieniu. Innymi słowy, w 100 g przyprawy znajduje się około 40 g suszonych warzyw, podczas gdy w produktach zawierających 15,5% warzyw jest ich zaledwie 15,5 g.

Lider rankingu wyróżnia się nie tylko najwyższą zawartością warzyw, ale również ich dużą różnorodnością. W składzie znajdziemy aż 11 różnych suszonych warzyw, m.in. marchew, cebulę, seler, czosnek, por czy pomidory.

Równie ważne jest jednak też to, czego w składzie naturalnego Kucharka nie ma: Producent zrezygnował ze wzmacniaczy smaku, skrobi, cukru i innych dodatków, które często odpowiadają za „podkręcanie” smaku przyprawy kosztem jakości składu. Smak budowany jest przede wszystkim przez warzywa i przyprawy. Dodatkowym atutem jest obecność oliwy z oliwek z pierwszego tłoczenia.

Z uwagi na fakt, że składnik, którego w tej przyprawie jest najwięcej, to sól, ocena za skład nie mogła być bardzo dobra – obniżyliśmy ją do dobrej. Nie zmienia tego użycie soli morskiej. Choć wielu konsumentów postrzega ją jako zdrowszą alternatywę dla zwykłej soli kuchennej, różnice żywieniowe pomiędzy nimi są minimalne.

Na wysoką pozycję produktu wpłynęły także wyniki badań laboratoryjnych. W próbce nie wykryto bowiem pozostałości pestycydów.

Warto tu przypomnieć, że to nie pierwszy najlepszy wynik produktów tej marki w naszych badaniach. W opublikowanym niedawno teście ostrej papryki mielonej przyprawa Prymat miała najmniej pozostałości pestycydów spośród ośmiu badanych produktów.

Miejsce 2. Kucharek Przyprawa do potraw, Prymat

Ocena ogólna: dobra (4,0)

Drugie miejsce zajęła przyprawa tego samego producenta, tyle że w wersji klasycznej. W badaniach laboratoryjnych również nie wykryto w niej pozostałości pestycydów, jednak ostateczną ocenę obniżył skład produktu.

Tu znów na pierwszym miejscu w składzie mamy sól. A warzywa? Choć ich lista jest stosunkowo długa (jest tu aż 12 różnych warzyw), łączna zawartość warzyw wynosi jedynie 15,5%, czyli ponad dwa razy mniej niż u lidera testu. Dodatkowo producent zastosował wzmacniacze smaku, cukier, skrobię i barwnik, które z punktu widzenia jakości składu trudno uznać za pożądane dodatki.

To typowy przykład przyprawy, która przede wszystkim ma intensywnie smakować. Jej obniżona ocena składu sprawia, że w naszym rankingu ustępuje zwycięzcy.

Miejsce 3. Vegeta Oryginalna, Podravka

Ocena ogólna: dobra (3,8)

W Vegecie Oryginalnej z trzeciego miejsca w tabeli badania laboratoryjne nie wykazały obecności pozostałości pestycydów, jednak produkt stracił wiele punktów za skład.

Podobnie jak druga w rankingu klasyczna przyprawa Kucharek, Vegeta z trzeciego miejsca zawiera jedynie 15,5% warzyw. Dodatkowo znajdziemy tu wzmacniacze smaku, cukier, skrobię kukurydzianą, olej słonecznikowy oraz barwnik.

Poza tym producent nie sprecyzował, jakie przyprawy zostały użyte, a więc konsument nie wie, co tak naprawdę kryje się pod określeniem „przyprawy” na liście składników.

Z punktu widzenia technologii żywności taki skład pozwala uzyskać intensywny smak przy stosunkowo niskim udziale warzyw. Z punktu widzenia konsumenta szukającego produktu o prostym i naturalnym składzie trudno jednak uznać go za najlepszy wybór.

Miejsce 4. Vegeta Natur Przyprawa warzywna do potraw, Podravka

Ocena ogólna: dostateczna (3,3)

Najniższą notę w teście uzyskała naturalna wersja przyprawy Vegeta. Jego ogólną ocenę jakości obniżyło wykrycie pozostałości trzech pestycydów: azoksystrobiny, boskalidu i difenokonazolu. Są to substancje stosowane do ochrony upraw przed chorobami grzybowymi. Choć wykryte ilości nie przekraczały obowiązujących norm bezpieczeństwa, sam fakt obecności kilku różnych pozostałości środków ochrony roślin nie działa na korzyść produktu. Szczególnie że w konkurencyjnych przyprawach, również zawierających liczne składniki roślinne, nie wykryto żadnych pestycydów.

A skład? Vegeta Natur to drugi w teście produkt, który pokazuje, że można stworzyć przyprawę uniwersalną o stosunkowo prostym składzie bez sięgania po wzmacniacze smaku i inne niepożądane przez świadomego konsumenta dodatki. Producent zastosował tu aż 32% suszonych warzyw, co jest drugim najlepszym wynikiem w teście.

W składzie znajdziemy liczne warzywa oraz przyprawy. Minusem jest jednak obecność cukru.

Największe zaskoczenie testu

Wyniki naszego testu pokazują, że pod wspólną nazwą „przyprawa uniwersalna” mogą kryć się produkty o różnej jakości. Największą różnicę w składach testowanych przypraw stanowił udział warzyw – od 15,5% do 40% – oraz obecność dodatków takich jak wzmacniacze smaku, skrobia czy cukier.

Najlepiej w teście wypadła przyprawa Kucharek Smak Natury, która połączyła bardzo dobry skład z czystym wynikiem badań laboratoryjnych. Niżej oceniliśmy produkty z dodatkiem składników wzmacniających smak. Dla konsumenta oznacza to jedno: warto poświęcić kilka sekund na przeczytanie składu, bo różnice między pozornie podobnymi przyprawami mogą być naprawdę duże.

Na koniec warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden interesujący aspekt badania. Przyprawy uniwersalne zawierają często dużą liczbę różnych warzyw pochodzących z wielu upraw, a teoretycznie każdy kolejny składnik zwiększa prawdopodobieństwo wykrycia pozostałości środków ochrony roślin. Tymczasem w większości badanych produktów nie wykryliśmy żadnych pestycydów. To pozytywny i jednocześnie nieco zaskakujący wynik, szczególnie w przypadku przypraw zawierających nawet kilkanaście różnych warzyw. To bardzo dobra wiadomość dla konsumentów i dowód na to, że wysoka różnorodność składników nie musi oznaczać większego ryzyka zanieczyszczeń.

TAK TESTOWALIŚMY
 
Laboratorium Zakład Badania Bezpieczeństwa Żywności Instytutu Ogrodnictwa – Państwowego Instytutu Badawczego w Skierniewicach przebadało akredytowanymi metodami badawczymi na zlecenie Fundacji Pro-Test cztery próbki przyprawy uniwersalnej. W przyprawach laboratorium oznaczyło zawartość pozostałości 520 pestycydów. Produkty do testu zostały zakupione w marcu i maju 2026 r.

Czy eko to naprawdę eko? Pestycydy w produktach bio

9 PRODUKTÓW BIO W TEŚCIE: Miały być „czyste”, ekologiczne i wolne od chemii. Tymczasem wyniki naszego najnowszego testu produktów bio mogą poważnie zachwiać zaufaniem konsumentów do zielonego euroliścia. W czterech z dziewięciu przebadanych produktów ekologicznych laboratorium wykryło pozostałości pestycydów. Najbardziej niepokojący okazał się wynik ekologicznych rodzynków Biominki Bio Planet sugerujących swoim wyglądem i nazwą przeznaczenie dla dzieci – wykryto w nich chloropiryfos, pestycyd niedopuszczony do stosowania w Unii Europejskiej, a jego poziom trzykrotnie przekraczał normę obowiązującą nawet dla żywności konwencjonalnej.

Inspiracją do sprawdzenia jakości produktów ekologicznych były wyniki naszego niedawnego testu – ostrej papryki mielonej. To właśnie wtedy wielu konsumentów po raz pierwszy przecierało oczy ze zdumienia. Nic dziwnego: w produkcie marki Dary Natury – jednej z najbardziej rozpoznawalnych firm kojarzonych z żywnością bio – laboratorium wykryło pozostałości dziewięciu pestycydów. Tymczasem w żywności ekologicznej nie powinien znajdować się żaden z nich. W dodatku wśród wykrytych szkodliwych substancji były także trzy niedozwolone do stosowania na terenie Unii Europejskiej.

Dla wielu osób takie wyniki były szokiem. Czytelnicy pisali do nas, wyrażając swój zawód marką, do której mieli zaufanie. Bo produkty ekologiczne kupujemy przecież właśnie po to, żeby unikać pozostałości pestycydów. I dlatego płacimy za nie więcej – często kilka razy więcej niż za żywność z upraw konwencjonalnych. Znak zielonego euroliścia ma dawać poczucie bezpieczeństwa. Ma być gwarancją, że ktoś czuwa nad jakością i dba o to, żeby konsument otrzymywał produkt bez pozostałości pestycydów.

Sprawdzamy produkty bio

Postanowiliśmy sprawdzić, czy przypadek ostrej papryki mielonej Dary Natury z zawartością pestycydów był wyjątkiem czy może to tylko czubek góry lodowej i zanieczyszczenie żywności ekologicznej pestycydami jest większym problemem.

Tym razem do laboratorium wysłaliśmy ekologiczne rodzynki różnych marek, a także dwa produkty marki Dary Natury. Badania na zawartość pozostałości ponad 500 pestycydów przeprowadził na zlecenie Fundacji Pro-Test Zakład Badania Bezpieczeństwa Żywności Instytutu Ogrodnictwa – Państwowego Instytutu Badawczego w Skierniewicach.

Najważniejsze ustalenia testu
 
• W czterech z dziewięciu produktów bio wykryliśmy pestycydy

• Rodzynki Biominki zawierały chloropiryfos – pestycyd zakazany w UE. Jego poziom przekraczał normę nawet dla żywności konwencjonalnej. I to trzykrotnie!
 
• Ekologiczna herbatka Dary Natury Bomba Witaminowa zawierała aż cztery pestycydy.
 
• W rodzynkach EkoWital wykryto trzy pestycydy, w tym zakazany w UE flutriafol.
 
• Rodzynki Organic Farma Zdrowia również nie spełniały wymagań dla żywności ekologicznej.
 
• Pięć produktów było całkowicie wolnych od pestycydów.

Pod lupę badaczy trafiły rodzynki następujących marek: BioLife, Bio Planet, Ener BIO – marki własnej sieci sklepów Rossmann, NaturaVena, Biominki, Organic Farma Zdrowia i EkoWital, a także dwa produkty firmy Dary Natury: suszona natka pietruszki i herbatka „Bomba witaminowa”. Co się okazało?

4 na 9 produktów miało pestycydy

Niemal połowa z przebadanych produktów ekologicznych zawierała pozostałości pestycydów. Wśród nich znalazły się:

  • Dary Natury Herbatka Bomba Witaminowa ekologiczna
  • EkoWital ekologiczne rodzynki sułtanki
  • Organic Farma Zdrowia Rodzynki Sułtanki
  • Biominki Rodzynki sułtanki

Żaden z tych czterech produktów nie spełnia wymagań dla żywności bio. Zatem nie powinny być oznaczone euroliściem.

Biominki z przekroczoną normą chloropiryfosu

Najbardziej niepokojące wyniki uzyskaliśmy w przypadku dwóch z wymienionych produktów: Pierwszy z nich dotyczy rodzynków Biominki firmy Bio Planet. Już sama nazwa i kolorowe opakowanie sugerują produkt kierowany do dzieci i rodziców szukających „lepszych”, zdrowszych przekąsek. Tymczasem wyniki badań laboratoryjnych są szokujące.

W rodzynkach Biominki wykryliśmy chloropiryfos. To pestycyd, który został wycofany z użycia w Unii Europejskiej z powodu obaw dotyczących jego wpływu na zdrowie ludzi, a w szczególności – jak na ironię – dzieci.

Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA) uznał, że dla tej substancji nie da się nawet ustalić bezpiecznego poziomu narażenia. Eksperci wskazują m.in. na jego możliwe działanie neurotoksyczne i potencjalny wpływ na rozwijający się mózg dziecka.

Co więcej, poziom chloropiryfosu w rodzynkach Biominki trzykrotnie przekraczał normę dopuszczalną nawet dla zwykłej żywności konwencjonalnej, nie mówiąc już o ekologicznej, gdzie nie powinien występować w ogóle. W związku z tym rodzynki te nie powinny w ogóle znajdować się w sprzedaży. Dlatego o wyniku rodzynków Biominki poinformowaliśmy Sanepid oraz Inspekcję Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych.

To sytuacja absolutnie niedopuszczalna dla produktu oznaczonego jako ekologiczny.

Skala problemu była na tyle duża, że laboratorium zdecydowało się powtórzyć badania. Wykonano trzy niezależne próby, by wykluczyć pomyłkę. Wynik za każdym razem potwierdzał obecność zakazanego pestycydu. Ilość, którą podajemy w tabeli z wynikami testu, jest średnią z tych wszystkich analiz.

Co szczególnie ciekawe, Biominki to najdroższe rodzynki w całym teście. Za 100 gramów trzeba zapłacić ponad trzy razy więcej niż za najtańsze rodzynki w teście – z Ener BIO z Rossmanna – które… nie zawierały pestycydów.

Dary Natury: Bomba witaminowa czy… bomba pestycydowa?

Drugi niepokojący wynik dotyczy – podobnie, jak w naszym poprzednim teście papryki – produktu marki Dary Natury. Tym razem w ekologicznej herbatce „Bomba Witaminowa” laboratorium wykryło najwięcej pestycydów w teście, bo aż cztery różne substancje: boskalid, pirymetanil, tebukonazol i acetamipryd. Produkt ten nie spełniał więc wymagań dla żywności ekologicznej.

Spośród tych czterech substancji największe obawy toksykologiczne w kontekście zdrowia konsumentów budzi acetamipryd. Jest to insektycyd należący do grupy neonikotynoidów – pestycydów działających na układ nerwowy owadów. W ostatnim czasie Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA) zwrócił uwagę na możliwe ryzyko związane z jego wpływem na rozwój układu nerwowego, szczególnie u dzieci i płodów.

Te tle tych wyników informacje zamieszczone na opakowaniu herbatki Dary Natury brzmią jak ironia. A mianowicie producent pisze: „Do produkcji zostały użyte rośliny zebrane ręcznie ze stanu naturalnego w specjalnych, certyfikowanych strefach czystych ekologicznie lub zostały wyprodukowane w gospodarstwach ekologicznych. W gospodarstwach ekologicznych nie używa się żadnych nawozów sztucznych i chemicznych środków ochrony roślin. Nasz zakład położony jest w niewielkiej wsi ulokowanej na leśnej polanie z dala od jakichkolwiek źródeł zanieczyszczeń. Wszelkie te elementy powodują, że nabyliście Państwo wyjątkowy produkt. Mamy nadzieję, że jakość tego jak i innych naszych produktów spełnia Państwa oczekiwania i przyniesie spodziewane korzyści.”

Trudno nie odczuwać dysonansu, gdy obok takich deklaracji pojawiają się wyniki laboratoryjne pokazujące obecność czterech różnych pestycydów w produkcie. Zwłaszcza że mówimy o marce, która dla wielu konsumentów była synonimem ekologicznej jakości.

Trzy pestycydy w sułtankach EkoWital

Kolejne rodzynki w teście – EkoWital – zawierały pozostałości trzech pestycydów: metalaksyl, tebukonazol oraz flutriafol. Szczególne obawy budzi właśnie ten ostatni.

Flutriafol to fungicyd stosowany do ochrony roślin przed chorobami grzybowymi. Problem polega na tym, że substancja ta nie jest już dopuszczona do użytku w Unii Europejskiej. To oznacza, że wykrycie flutriafolu w produkcie oznaczonym jako ekologiczny jest szczególnie problematyczne. Konsument kupujący żywność bio ma prawo oczekiwać braku pestycydów, a tym bardziej – braku substancji, które nie są dopuszczone do stosowania na terenie UE.

To kolejny wynik, który pokazuje, że część produktów sprzedawanych jako ekologiczne wyraźnie rozmija się z oczekiwaniami konsumentów. Trudno bowiem mówić o „czystej” żywności bio, gdy w jednej próbce wykrywane są aż trzy różne pestycydy – w tym substancja zakazana w UE.

Sułatnki Organic Farma Zdrowia z dwoma pestycydami

Również wynik ekologicznych rodzynków sułtanek marki Organic Farma Zdrowia rozczarowuje. W badanej próbce laboratorium wykryło dwa pestycydy: metalaksyl oraz tebukonazol. To oznacza, że produkt nie spełnił wymagań stawianych żywności ekologicznej.

Obie substancje są fungicydami stosowanymi w rolnictwie konwencjonalnym do ochrony upraw przed chorobami grzybowymi. Szczególnie tebukonazol od lat budzi zainteresowanie toksykologów i europejskich instytucji zajmujących się bezpieczeństwem żywności. Substancja ta jest analizowana m.in. pod kątem możliwego wpływu na gospodarkę hormonalną oraz rozwój płodu przy długotrwałej ekspozycji.

Choć wykryte poziomy nie przekraczały norm dla żywności konwencjonalnej, sam fakt obecności pestycydów w produkcie oznaczonym jako ekologiczny budzi uzasadnione pytania. Konsument sięgający po rodzynki bio oczekuje przecież produktu wolnego od takich substancji, zwłaszcza że płaci za niego wyraźnie więcej niż za zwykłe rodzynki.

Te produkty ratują honor żywności bio

Na szczęście nasz test pokazał również, że naprawdę czyste produkty bio wciąż istnieją. I to właśnie one udowadniają, że brak pestycydów w żywności ekologicznej nie jest nierealnym oczekiwaniem konsumentów, lecz standardem, który powinien być czymś oczywistym.

W pięciu przebadanych produktach laboratorium nie wykryło żadnych pozostałości pestycydów. Bardzo dobrze pod tym względem wypadły: BioLife Rodzynki sułtanki bio, Ener BIO z Rossmanna oraz NaturaVena BIO Rodzynki sułtanki i Bio Planet Rodzynki Sułtanki BIO (co ciekawe, producentem tych dwóch ostatnich jest firma Bio Planet – ta sama, w której rodzynkach Biominki znajdował się pestycyd). „Czysta” okazała się również ekologiczna natka pietruszki marki Dary Natury.

To ważna informacja dla konsumentów, bo pokazuje, że wybierając produkty ekologiczne, rzeczywiście można znaleźć takie, które spełniają obietnicę stojącą za zielonym euroliściem. Szkoda tylko, że zakupy żywności bio to loteria i nigdy nie możemy mieć pewności, na jaki produkt trafimy.

Szczególnie godne polecenia są rodzynki Ener BIO dostępne w Rossmannie. Nie dość, że laboratorium nie wykryło w nich żadnych pestycydów, to są jednocześnie najtańszymi rodzynkami spośród wszystkich w teście. W przeliczeniu na 100 g kosztują 2,26 zł.

To ciekawy i bardzo ważny wniosek: dobra jakość nie zawsze musi oznaczać wysoką cenę.

Zaskakujący problem z oznakowaniem

Piękny obrazek początku rankingu burzy jedynie jeden szczegół dotyczący rodzynków BioLife. Choć wypadły one bardzo dobrze pod względem zawartości pestycydów, na opakowaniu zabrakło numeru partii oraz daty minimalnej trwałości.

Tymczasem zgodnie z obowiązującymi przepisami dotyczącymi znakowania żywności opakowanej producent ma obowiązek umieszczać takie informacje na opakowaniu. Data minimalnej trwałości to istotna informacja dla konsumenta, zaś oznaczenie partii produkcyjnej umożliwia szybkie wycofanie konkretnej partii produktu z rynku w razie wykrycia problemu.

Czy żywność ekologiczna ma mniej pestycydów niż zwykła?
 
Tak. I nasze wcześniejsze testy to potwierdzają. Na przykład w teście rodzynków konwencjonalnych wykryliśmy od 10 do aż 27 różnych pestycydów w jednym produkcie (tym niechlubnym rekordzistą były wtedy rodzynki sułtańskie marki własnej Biedronki – Bakello). W produktach ekologicznych zazwyczaj wykrywamy mniej pestycydów niż w żywności konwencjonalnej, ale trudno uznać to za wystarczające. Konsument nie kupuje przecież produktów bio po to, żeby było w nich trochę mniej chemii. Sięga po nie dlatego, że wierzy w wyższy standard jakości i właśnie za ten standard płaci więcej.

Czy można ufać znakowi euroliścia?

Wyniki tego testu nie napawają optymizmem. Rodzą bardzo niewygodne pytanie: jeśli niemal połowa przebadanych produktów ekologicznych nie spełnia wymagań dla żywności bio, to gdzie właściwie jest kontrola jakości?

Konsumenci mają prawo oczekiwać, że skoro producent umieszcza na opakowaniu zielony euroliść, to wcześniej naprawdę zweryfikował swój produkt. A jeśli tego nie zrobił, nad jakością żywności ekologicznej powinny przecież czuwać odpowiednie instytucje kontrolne. Tymczasem wyniki naszego testu pokazują, że system nadzoru może być nieszczelny.

Trudno budować zaufanie do żywności ekologicznej, gdy w produktach bio wykrywane są pestycydy, w tym również substancje niedopuszczone do stosowania w Unii Europejskiej.

Warto aby zarówno producenci, jak i organy odpowiedzialne za kontrolę żywności ekologicznej wyciągnęły z tych wyników konkretne wnioski. Zielony euroliść powinien oznaczać realną jakość i wyższe standardy produkcji, a nie być jedynie marketingowym symbolem zachęcającym do zakupu.

Fundacja Pro-Test zapowiada, że to nie koniec badań produktów ekologicznych. Widząc skalę problemu, będziemy kontynuować badania żywności bio i dalej sprawdzać, czy deklaracje producentów znajdują potwierdzenie w wynikach laboratoryjnych. Bo tam, gdzie zawodzi system nadzoru, szczególnego znaczenia nabiera niezależna kontrola społeczna prowadzona w interesie konsumentów, którzy mają prawo wiedzieć, za co naprawdę płacą.

Jak czytać tabelę?
 
W tabeli z wynikami, którą znajdziesz poniżej, wymieniamy, jakie pozostałości i w jakich ilościach znajdowały się w każdym badanym produkcie. Wykryte wartości odnosimy do najwyższego dopuszczalnego poziomu dla produktów z upraw konwencjonalnych. Tutaj mamy jednak do czynienia z żywnością bio, więc nie powinien się w niej znajdować żaden ze znalezionych przez nas pestycydów.
 
Natomiast w przypadku herbatki nie zamieszczamy w tabeli najwyższego dopuszczalnego poziomu wykrytych pestycydów, ponieważ dla produktów złożonych z wielu składników takich norm nie ma.
TAK TESTOWALIŚMY
 
Laboratorium Zakład Badania Bezpieczeństwa Żywności Instytutu Ogrodnictwa – Państwowego Instytutu Badawczego w Skierniewicach przebadało akredytowanymi metodami badawczymi na zlecenie Fundacji Pro-Test dziewięć próbek produktów ekologicznych, w tym siedem rodzynków oraz suszoną natkę pietruszki i herbatkę owocową. W badanych produktach laboratorium oznaczyło zawartość pozostałości 557 pestycydów dla rodzynków oraz 520 dla pietruszki i  herbatki owocowej. Produkty do testu zostały zakupione w kwietniu 2026 r.

Czy warto kupić air fryer? Odpowiadamy na najczęstsze pytania przed zakupem

Zastanawiasz się nad zakupem air fryera? Zadajesz sobie pytania: Co można w nim robić? Ile prądu zużywa? I czy w ogóle warto go kupić? Wyjaśniamy twoje wątpliwości.

Air fryery stały się jednym z najpopularniejszych sprzętów kuchennych ostatnich lat, ale wokół nich nadal pojawia się wiele pytań. Czy rzeczywiście są zdrowsze od smażenia? Co można przygotować w air fryerze? I czy faktycznie pomagają obniżyć rachunki za prąd? W tym artykule odpowiadamy na najczęstsze pytania dotyczące air fryerów i wyjaśniamy, na co warto zwrócić uwagę przed zakupem.

Najczęściej zadawane pytania o air fryery

Co można przygotować w air fryerze?

Pieczenie, opiekanie, chrupiąca skórka? Do tych celów air fryer może być idealnym wyborem. Poza frytkami i kurczakiem wiele osób przygotowuje w nim także ziemniaki, pieczone warzywa, ryby, falafele, pizzę, a nawet ciasta czy ciasteczka.

Air fryer dobrze radzi sobie również z mrożonymi przekąskami, takimi jak nuggetsy, paluszki rybne, sajgonki czy zapiekanki.

Nie wszystkie produkty nadają się jednak do air fryera. Problematyczne mogą być mokre panierki, luźne liście sałat czy duże ilości sera, które mogą się przypalać lub przyklejać. Wiele air fryerów słabiej radzi sobie także z przygotowaniem całego kurczaka – lepszym rozwiązaniem jest podzielenie go na mniejsze części. Choć nawet nóżki kurczaka mogą wyjść niedopieczone – tak właśnie było w przypadku jednego modelu w naszym teście 36 air fryerów.

Czy air fryer to zdrowy sposób gotowania?

W przeciwieństwie do klasycznych frytkownic air fryer nie wymaga zanurzania jedzenia w dużej ilości oleju. Chrupiący efekt uzyskuje dzięki bardzo gorącemu powietrzu krążącemu wewnątrz urządzenia.

To właśnie dlatego air fryery często uznawane są za zdrowszą alternatywę dla tradycyjnego smażenia. Choć część marketingowych obietnic producentów bywa przesadzona, w praktyce przygotowanie potraw z mniejszą ilością tłuszczu rzeczywiście może być korzystniejsze niż smażenie w głębokim oleju.

Wiele modeli oferuje także dodatkowe funkcje, takie jak pieczenie, grillowanie, podgrzewanie czy suszenie żywności. Droższe urządzenia potrafią nawet gotować na parze lub działać jak wolnowar.

Zajrzyj też do testu air fryerów, w którym sprawdziliśmy 33 modele dostępne w sklepach

Czy w air fryerze można używać folii aluminiowej?

Tak. Air fryery działają inaczej niż kuchenki mikrofalowe, dlatego folia aluminiowa nie powoduje iskrzenia. Może też ułatwić czyszczenie kosza po pieczeniu.

Ważne jednak, aby nie zasłaniać otworów wentylacyjnych ani elementów grzewczych. Folii warto używać tylko tyle, ile rzeczywiście potrzeba. W wielu przypadkach dobrze sprawdza się także papier do pieczenia.

Czy air fryery są tanie w użytkowaniu?

Mogą być tanie, ale dużo zależy od sposobu używania urządzenia oraz wielkości przygotowywanych porcji.

Największą zaletę air fryera zwykle odczują osoby gotujące dla jednej lub dwóch osób. Przy niewielkich porcjach urządzenie może zużywać mniej energii niż rozgrzewanie dużego piekarnika.

Sytuacja wygląda inaczej w przypadku większej rodziny lub konieczności przygotowywania kilku potraw jednocześnie. Wtedy piekarnik bywa wygodniejszy i czasem bardziej opłacalny niż pieczenie kilku partii jedzenia w małym air fryerze.

Czy mały air fryer zużywa mniej prądu?

Nie zawsze. Intuicyjnie mogłoby się wydawać, że mniejsze modele są bardziej oszczędne, ale nasze testy pokazują, że różnice bywają zaskakujące. Niektóre większe air fryery potrafią zużywać mniej energii niż małe urządzenia. Porównanie zużycia prądu przez 36 air fryerów znajdziesz w naszym teście tych urządzeń.

Pamiętaj – przed zakupem warto sprawdzić nie tylko pojemność, ale także realne zużycie prądu. Trzeba też pamiętać, że zbyt mały air fryer może wymagać przygotowywania jedzenia w kilku partiach, a to zwykle zwiększa całkowity pobór energii.

Chcesz kupić air fryer? Sprawdź w naszym teście, który model wybrać.

Test air fryerów – oto modele naprawdę warte zakupu

33 AIR FRYERY W TEŚCIE: Air fryer ma być szybki i wygodny, a potrawy z niego – zdrowsze. Ale nasz test air fryerów pokazuje, że nie każdy model potrafi przygotować naprawdę chrupiące frytki i równomiernie upieczonego kurczaka. W teście znajdziesz jednak sporo dobrze ocenionych modeli.

Air fryery zyskały ogromną popularność jako wygodniejsza i zdrowsza alternatywa dla klasycznych frytkownic. Zamiast smażyć w głębokim oleju, wykorzystują gorące powietrze. Dzięki temu frytki, bułeczki czy kawałki kurczaka będą chrupiące przy użyciu minimalnej ilości tłuszczu, a czasem nawet bez dodatku oleju. Ale nie z każdego air fryera…

Sprawdziliśmy jakość pieczenia, zużycie prądu, wygodę obsługi, wykonanie urządzeń i jeszcze wiele innych parametrów. Wyniki niektórych modeli zaskakują. Zwłaszcza, że – jak się okazało – wysoka cena nie zawsze oznacza lepszy sprzęt. Dlatego nasz test air fryerów pomoże ci wybrać najlepszy model.

Duże różnice między air fryerami

Dzięki niewielkiej komorze i intensywnemu obiegowi gorącego powietrza air fryery przygotowują potrawy szybciej niż tradycyjny piekarnik. Ale nie każdy model działa tak samo dobrze. Niektóre pieką równomiernie i zapewniają chrupiący efekt, inne zostawiają jedzenie blade, nierówno wypieczone albo przesuszone.

Jak testujemy air fryery?

Sprawdzamy zużycie prądu

Air fryery reklamowane są jako oszczędniejsze od piekarników, dlatego podczas testów laboratoryjnych dokładnie zmierzyliśmy, ile energii zużywają podczas przygotowywania frytek i kawałków kurczaka. Różnice między modelami są naprawdę duże.

Oceniamy wygodę użytkowania

Dobry air fryer powinien być prosty w obsłudze i wygodny na co dzień. Sprawdzamy m.in. czytelność panelu sterowania, łatwość wyjmowania koszy czy komfort mieszania potraw. Porównaliśmy też czas pieczenia.

Testujemy frytki, kurczaka i inne potrawy

Najlepsze air fryery przygotowują frytki chrupiące z zewnątrz i miękkie w środku, a kurczaka pieką równomiernie i tak, żeby wyszedł soczysty. Najsłabsze modele potrafią jednocześnie przypalić część potrawy i zostawić inne fragmenty niedopieczone.

Zwracamy uwagę także na…

…jakość wykonania, czas pieczenia, łatwość czyszczenia, głośność pracy oraz wygodę programowania. Bo dobry air fryer powinien sprawdzać się nie tylko w reklamie, ale przede wszystkim w codziennym użytkowaniu.

W jednym z testowanych air fryerów plastikowy przycisk otwierania szuflady rozgrzewał się aż do 87 stopni! To stwarza poważne ryzyko oparzenia [zdjęcie ilustracyjne]

Czy warto kupić air fryer?

Air fryery to dzisiaj bardzo modne urządzenia. Widzimy je w reklamach, w kuchniach celebrytów, a przepisy na dania z air fryera wyskakują w internecie na każdym kroku. Ale czy to tylko moda czy może air fryer to faktycznie sprzęt, który okaże się urządzeniem bez którego nie będziesz mógł żyć?

W większości przypadków nie będziesz żałować zakupu. Jeśli szukasz urządzenia, które pozwoli szybciej przygotowywać posiłki i może pomóc ograniczyć zużycie prądu w porównaniu z piekarnikiem, air fryer może okazać się bardzo dobrym zakupem.

Obsługa takich urządzeń jest zwykle prosta i wygodna – najczęściej wystarczy ustawić jedynie czas oraz temperaturę pieczenia.

Nasze testy pokazują też, że air fryery rzeczywiście mogą pomóc obniżyć koszty przygotowywania posiłków, szczególnie jeśli dobierzesz model odpowiedni do liczby domowników i wielkości przygotowywanych porcji.

Warto jednak pamiętać o jednej rzeczy: air fryer nie odtworzy dokładnie smaku potraw smażonych w głębokim tłuszczu. Frytki czy nuggetsy mogą być chrupiące i przypominać smażone jedzenie, ale wciąż będą różniły się od tych przyrządzonych w klasycznej frytkownicy. Jeśli więc zależy ci wyłącznie na efekcie identycznym jak w fast foodzie lub budce z frytkami, air fryer może nie spełnić wszystkich oczekiwań.

CO OTRZYMUJESZ KUPUJĄC TEN TEST
 
WYNIKI TESTU. Oceny 33 air fryery są przedstawione w tabeli. Wśród nich znajdziesz takich liderów rynku, jak Philips, Tefal, Ninja, Bosch oraz wiele innych, w tym air fryer z Lidla. Ceny testowanych frytkownic wahają się od 150 do 2082 zł. Nasze air fryery musiały wykazać się znakomitą jakością przyrządzania potraw. Oceniliśmy też, czy są oszczędne w zużyciu prądu. Porównaliśmy je także pod względem łatwości obsługi. Zmierzyliśmy głośność pracy testowanych urządzeń i sprawdziliśmy, czy są bezpieczne. Te wszystkie cechy frytkownic, i jeszcze więcej, zostały ocenione przez ekspertów w badaniach laboratoryjnych.
 
PORADY DOTYCZĄCE ZAKUPU. Na co zwracać uwagę podczas wyboru air fryera? Które urządzenia przyrządzą najlepsze nóżki z kurczaka, a które przypaliły frytki? Który model ma najlepszy stosunek ceny do jakości? Na te pytania odpowiadamy w dalszej części testu. Z testu dowiesz się też, który model wybrać, żeby nie przepłacić. Jak się bowiem okazało, różnice w cenach air fryerów są duże, ale w jakości między tymi drogimi a tanimi niekoniecznie.
 
TABELA DO POBRANIA. Po wykupieniu tego testu, otrzymujesz dostęp do tabeli z rankingiem porównującym wyniki wszystkich badanych air fryerów (możesz ją pobrać w pliku PDF). Ponadto otrzymujesz dostęp do pełnej wersji artykułu opisującego badania i ich wyniki.

Testowane air fryery: Ariete 4630, Bosch MAF462B0, Bosch MAF671B1, Braun TD3030IBK, Cecofry DuoLevel 10000 Window, Cosori Dual Basket 8.5L R901, Cosori Turbo Tower Pro Smart, Delonghi FH1163/1, Domo DO549FR, Instant Pot Vortex Compact 4-in-1, Moulinex Cookeo Infinity CE9828F0, Moulinex EZ831GF0, Moulinex EZ9228F0 Dual Easy Fry Flex, Ninja CRISPi FN101EUGY, Nutribullet NBA0811DG, Philips NA150/00, Philips NA154/00, Philips NA460/00 Dual Stacked 4000 Series, Philips NA461/00 Dual Stacked 4000 Series, Philips NA462/70 Dual Stacked 4000 Series, Princess 01.182020.01.001 – Digital Aerofryer XL, Princess 182470, Russel Hobbs 27680-56 Satisfry Dual Basket Air Fryer 9L, Russel Hobbs Satisfry Air & Grill – Multicooker 5,5L 26520-56, Silvercrest Double Retro 1973, Taurus PTFAF5000, Tefal EY552D Easy Fry Silence Inox, Tefal EY5728 Easy Fry Smart & Silence Black,Tefal EY8328 Easy Fry Infrared, Tefal EY9228E0 Dual Easy Fry Flex Black, Tefal EY922DE0 Dual Easy Fry Flex Inox, Tefal FX1000, Xiaomi MAF13

Wykryliśmy pestycydy w mielonej papryce. Nawet ekologicznej

8 PAPRYK MIELONYCH W TEŚCIE: Okazuje się, że pestycydy w mielonej papryce to norma. W naszym teście każda próbka zawierała pozostałości środków ochrony roślin – od kilku do nawet 16 różnych substancji w jednym produkcie. Sprawdziliśmy, które papryki wypadają najlepiej, a które najgorzej. Nawet papryka ekologiczna zawierała koktajl pestycydów, a więc z „eko” nie ma nic wspólnego.

Majówka za pasem. Na ruszt trafią karkówki, kiełbasy i skrzydełka – często hojnie obsypane mieloną papryką. Problem w tym, że razem z przyprawą możemy dorzucić do posiłku coś jeszcze: wieloskładnikowy koktajl pestycydów.

Potwierdzają to wyniki naszego najnowszego testu ośmiu ostrych papryk mielonych, chętnie kupowanych przez polskich konsumentów – w tym jednej oznaczonej jako ekologiczna. W każdej próbce wykryliśmy pozostałości pestycydów. Różniła się tylko ich liczba: od sześciu do aż szesnastu różnych substancji w jednym produkcie.

To oznacza jedno: kupując paprykę, nie wybieramy, czy zawiera pestycydy – tylko ile ich jest.

Badania na zawartość pozostałości 520 pestycydów przeprowadził na zlecenie Fundacji Pro-Test Zakład Badania Bezpieczeństwa Żywności Instytutu Ogrodnictwa – Państwowego Instytutu Badawczego w Skierniewicach. Analizie poddaliśmy produkty popularnych marek oraz marek własnych sieci handlowych: Dary Natury, Kamis, Kotányi, Prymat, a także papryki dostępne w sieciach Lidl (marka Kania), Aldi (Le Gusto), Kaufland oraz Netto (Bolinero).

Najważniejsze ustalenia testu
 
• 100% próbek z pestycydami – każda badana papryka zawierała pozostałości środków ochrony roślin

• Nawet 16 pestycydów w jednym produkcie • najgorszy wynik odnotowano w papryce Kotányi

• „Eko” też z pestycydami – papryka Dary Natury zawierała aż 9 różnych substancji i nie spełniała wymogów dla produktu ekologicznego

• Zakazane pestycydy – wykryto m.in. neonikotynoidy zakazane w UE (chlotianidynę, imidachlopryd, tiametoksam i dinotefuran) oraz insektycyd chlorofenapir

• Brak przejrzystości pochodzenia – wielu producentów nie podaje kraju pochodzenia papryki

Papryka Dary Natury wcale nie ekologiczna

Większość produktów zawierała po kilkanaście różnych szkodliwych związków. I choć poziomy poszczególnych pestycydów mieszczą się w obowiązujących normach, to problemem jest ich nagromadzenie – tzw. efekt koktajlu. Naukowcy od lat wskazują, że wpływ takich mieszanek na zdrowie wciąż nie jest wystarczająco zbadany.

Szczególnie niepokojący jest przypadek papryki ekologicznej Dary Natury. Produkt deklarowany jako „bio” również zawierał wiele pestycydów, a to stoi w sprzeczności z ideą produkcji ekologicznej, w której stosowanie syntetycznych środków ochrony roślin jest niedozwolone.

W badanej papryce Dary Natury znajdowało się nawet więcej różnych pestycydów (dziewięć) niż w papryce z upraw konwencjonalnych – Prymat (sześć).

W dodatku w próbce papryki Dary Natury wykryliśmy także substancje zakazane do stosowania w Unii Europejskiej. Tymczasem producent deklaruje polskie pochodzenie surowca. To rodzi poważne wątpliwości: albo producent świadomie wprowadza konsumentów w błąd, deklarując polskie pochodzenie produktu, albo polscy plantatorzy papryki stosują zakazane pestycydy, a producent nie weryfikuje tego, co trafia do sprzedaży.

Czy więc papryka ekologiczna z zawartością pestycydów nadal może być w sprzedaży? Prawo nie nakazuje wycofania takiego produktu, ale jednocześnie nie pozwala na oznaczanie go mianem „ekologicznego”. Z punktu widzenia konsumenta sytuacja jest absurdalna: Produkt oznaczony jako ekologiczny nie musi zostać wycofany z rynku, jeśli spełnia normy dla żywności konwencjonalnej. Ale jednocześnie trudno uznać, że spełnia standardy, których oczekują kupujący, sięgając po żywność „eko” i płacąc za niego ponad dwa razy więcej niż za konwencjonalne papryki. W tabeli z wynikami testu, którą znajdziesz poniżej, podajemy cenę badanych produktów w przeliczeniu na 100 g. Łatwo więc porównać, o ile droższa jest papryka Dary Natury od pozostałych.

O wyniku papryki Dary Natury poinformowaliśmy stosowne instytucje odpowiedzialne za nadzór i kontrolę nad tym, aby eko było naprawdę eko.

Da się wyprodukować paprykę bez pozostałości pestycydów

Skoro wszystkie papryki w naszym teście są tak bardzo zanieczyszczone pestycydami, to czy tak właściwie da się wyprodukować tę przyprawę bez żadnych pozostałości? Odpowiedź jest prosta: tak. Świadczą o tym chociażby badania mielonej papryki przeprowadzone w 2024 roku na rynku niemieckim przez magazyn „Öko-Test”. Tam połowa z 30 badanych próbek przypraw nie zawierała pozostałości pestycydów lub wykryto jeden związek, lecz w śladowym stężeniu.

Warto też rozprawić się z często powtarzanym argumentem, że przypraw używamy w niewielkich ilościach. W teorii – tak. W praktyce, zwłaszcza w sezonie grillowym, papryka trafia do potraw w dużych ilościach – czasem nawet całe opakowanie na jedną porcję mięsa. A to tylko jeden z wielu produktów, w których wykrywa się pestycydy.

Efekt? Każdego dnia jesteśmy narażeni na kontakt z ich mieszaniną z różnych źródeł. Nasz test pokazuje jasno: mielona papryka jest jednym z elementów tej układanki – i to takim, który wymaga pilnych zmian.

Pestycydy w mielonej papryce: wyniki testu

Najwięcej pestycydów

Najwięcej, bo aż 16 pestycydów, znaleźliśmy w papryce ostrej mielonej Kotányi. Wśród wykrytych pozostałości znajdują się między innymi:

– Bifentryna, która już od 2009 roku jest wycofana z użycia na terenie Unii Europejskiej z powodu wysokiej toksyczności dla organizmów wodnych oraz pszczół. Związek ten może długo utrzymywać się w środowisku i kumulować się w rybach.

– Chlotianidyna i imidachlopryd – to substancje należące do grupy neonikotynoidów, czyli insektycydów o budowie chemicznej podobnej do nikotyny. Są one bardzo szkodliwe dla pszczół i innych owadów zapylających, dlatego zostały wycofane z użycia w krajach Unii.

Najbardziej zawiodła

Papryka ostra mielona Dary Natury – produkt deklarowany przez producenta jako ekologiczny – w świetle wyników testu budzi poważne wątpliwości, ponieważ zawierała aż dziewięć pestycydów. Tymczasem w uprawach ekologicznych zakazane jest stosowanie jakichkolwiek syntetycznych środków ochrony roślin.

Ale na łamaniu zasad ekologiczności nie koniec. Dodatkowo producent deklaruje polskie pochodzenie papryki, tymczasem w badanej próbce wykryliśmy substancje niedopuszczone do stosowania w Unii Europejskiej, takie jak tiametoksam, chlotianidyna i dinotefuran. Są one bardzo szkodliwe dla pszczół i innych owadów. Jak na ironię na opakowaniu Darów Natury producent pisze: „Używając ekologicznych produktów przyczyniasz się do ochrony środowiska”.

Najmniej pestycydów

„Tylko” sześć pestycydów wykryliśmy w papryce Prymat.

Na tle pozostałych badanych produktów wynik wydaje się świetny, ale obiektywnie rzecz biorąc, wciąż jest to mieszanka szkodliwych substancji, której nie chcemy w żywności.

Papryki z zakazanymi pestycydami

W części badanych papryk wykryliśmy substancje, które nie są dopuszczone do stosowania w uprawach w Unii Europejskiej. Chodzi o chlotianidynę, imidachlopryd, tiametoksam i dinotefuran – pestycydy z grupy neonikotynoidów, które zostały zakazane w UE ze względu na ich silnie szkodliwy wpływ na pszczoły i inne owady zapylające – oraz insektycyd chlorofenapir.

Najbardziej uderzające jest to, że chlotianidyna pojawia się we wszystkich badanych produktach, w tym również w przyprawach, które – według deklaracji producentów – pochodzą z Unii Europejskiej (papryce Dary Natury z Polski i Le Gusto z sieci Aldi – z Hiszpanii).

To oznacza, że nie mówimy o pojedynczym incydencie, tylko o powszechnym zjawisku.

Ale na tym nie koniec. Imidachlopryd – kolejny zakazany neonikotynoid – wykryliśmy w paprykach: Bolinero marki własnej sieci sklepów Netto oraz w badanej papryce marki Kotányi.

Tiametoksam – również niedopuszczony w UE – znajdował się w testowanych próbkach: ekologicznej papryki Dary Natury, Le Gusto dostępnej w Aldi, papryce z Kauflandu oraz Bolinero z Netto.

Dinotefuranbył był w dwóch paprykach za testu: Dary Natury i Bolinero z Netto.

Natomiast chlorofenapir wykryliśmy w próbkach papryki Kania z Lidla, papryce z Kauflandu, Kamisu i Kotányi.

W naszych badaniach wykryliśmy także bifentrynę. To kolejna substancja zakazana w Unii Europejskiej – wycofana już lata temu, m.in. ze względu na jej toksyczność dla organizmów wodnych i zdolność do długotrwałego utrzymywania się w środowisku. Wykryliśmy ją w czterech badanych paprykach: Kania marki własnej Lidla, Le Gusto z sieci Aldi, papryce z Kauflandu oraz w Kotányi.

Co to oznacza dla konsumenta? Takie wyniki mogą wskazywać, że papryka pochodzi z krajów spoza UE, gdzie obowiązują inne – często mniej restrykcyjne – przepisy. Mogą też oznaczać, że zawodzi kontrola w łańcuchu dostaw. Oba przypadki oznaczają jedno: substancje, które nie powinny być stosowane w europejskim rolnictwie, trafiają na nasze talerze. I choć ich poziomy mieszczą się w dopuszczalnych normach dla żywności, to trudno uznać taką sytuację za akceptowalną. Bo mówimy o związkach, które zostały wycofane nie bez powodu, lecz dlatego, że uznano je za zbyt niebezpieczne dla środowiska i zdrowia.

Tajemnica pochodzenia papryki

Jednym z najbardziej niepokojących wniosków, jaki płynie z naszego testu, jest brak przejrzystości w kwestii pochodzenia surowca. W wielu przypadkach producenci nie podają kraju pochodzenia papryki. I mimo że prawo nie nakłada na nich takiego obowiązku, dla konsumenta oznacza to jedno: kupuje produkt, nie wiedząc, skąd ten tak naprawdę pochodzi.

Tymczasem informacja o pochodzeniu ma realne znaczenie. W różnych częściach świata obowiązują bowiem różne standardy dotyczące stosowania pestycydów i kontroli jakości. Brak tej wiedzy odbiera konsumentowi możliwość świadomego wyboru.

Co więcej, gotowe przyprawy często powstają z mieszanki surowców pochodzących z różnych krajów. W praktyce oznacza to, że w jednym opakowaniu mogą znaleźć się papryki uprawiane w zupełnie odmiennych warunkach i z użyciem różnych środków ochrony roślin.

Efekt? Jeszcze większa nieprzewidywalność składu i większe ryzyko obecności wielu różnych pestycydów w jednym produkcie.

Dla konsumenta to sytuacja, w której musi zaufać producentowi, mimo że ten nie daje mu podstawowych informacji o produkcie.

Marka nie daje gwarancji

Wyniki naszego testu pokazują jasno: nazwa na opakowaniu nie chroni przed pestycydami. Zarówno produkty znanych, popularnych marek, jak i papryki marek własnych sieci handlowych wypadają bardzo podobnie. Okazuje się, że droższa przyprawa wcale nie musi być lepszym wyborem.

Dla konsumenta to ważna informacja. Intuicyjne podejście typu „zapłacę więcej, więc będzie bezpieczniej” w tym przypadku po prostu nie działa. Różnice między produktami istnieją, ale nie pokrywają się z ceną ani rozpoznawalnością marki.

W praktyce oznacza to, że wybór „lepszej” papryki nie jest prosty – i nie da się go wywnioskować wyłącznie z etykiety czy ceny. Potrzebne są takie testy, jak te publikowane przez nas.

Jak nie zepsuć smaku i aromatu papryki?
 
TEMPERATURA
Papryka nie lubi wysokiej temperatury – pod wpływem zbyt dużego ciepła szybko robi się gorzka. Dlatego najlepiej dodawać ją dopiero pod koniec gotowania.
 
PRZECHOWYWANIE
Paprykę trzymaj w suchym, chłodnym i przede wszystkim ciemnym miejscu. Światło i wilgoć sprawiają, że bardzo szybko traci aromat i intensywność smaku.

Dlaczego mielona papryka zawiera tyle pestycydów?

Papryka najczęściej uprawiana jest w monokulturach. Potrzebuje wysokich temperatur i stosunkowo dużej ilości wody – a takie warunki sprzyjają rozwojowi chorób. W praktyce oznacza to jedno: rośnie zapotrzebowanie na środki ochrony roślin. To właśnie dlatego w gotowej przyprawie tak często wykrywa się całe „koktajle” pestycydów.

Druga kwestia to sposób produkcji. Mielona papryka powstaje z suszonych, a następnie zmielonych owoców – ale nie tych znanych z działu warzywnego. Do jej produkcji wykorzystuje się specjalne odmiany papryki przyprawowej.

Ostateczny smak, ostrość i kolor przyprawy zależą m.in. od odmiany oraz ilości zmielonych pestek – to właśnie one odpowiadają za pikantność. Dla przykładu: papryka słodka zawiera ich bardzo niewiele, a ostra – zdecydowanie więcej.

Czy papryka z pestycydami jest groźna dla zdrowia?

Problemem nie jest pojedynczy pestycyd, lecz ich nagromadzenie. W takich przypadkach mamy do czynienia z tzw. efektem koktajlu. Oznacza to jednoczesne narażenie na wiele różnych substancji, których łączne działanie wciąż nie jest wystarczająco dobrze poznane. To właśnie ten aspekt budzi największe obawy.

Wniosek dla producentów

Jaki wniosek z naszego testu powinni wyciągnąć producenci mielonej papryki? Jeśli naprawdę zależy im na dobru klientów, mają przed sobą jasne zadanie: wzmocnić kontrolę surowców i transparentność w oznaczaniu kraju pochodzenia.

TAK TESTOWALIŚMY
 
Laboratorium Zakład Badania Bezpieczeństwa Żywności Instytutu Ogrodnictwa – Państwowego Instytutu Badawczego w Skierniewicach przebadało akredytowanymi metodami badawczymi na zlecenie Fundacji Pro-Test osiem próbek papryki ostrej mielonej. W przyprawach laboratorium oznaczyło zawartość pozostałości 520 pestycydów. Produkty do testu zostały zakupione w marcu 2026 r.

Test kasków rowerowych dla dzieci: Który wybrać, by naprawdę chronił głowę?

17 KASKÓW ROWEROWYCH DLA DZIECI W TEŚCIE: Ten test kasków rowerowych obnaża ich słabe strony. To niepokoi tym bardziej, że chodzi o modele dla dzieci. Już wiemy, który kask zawodzi w zapewnianiu bezpieczeństwa, a który jest po prostu niewygodny. Mimo że dobrych ocen w teście nie ma, to jednak pokazujemy kilka modeli, które możesz kupić – nawet już za 60 zł.

Mimo że na razie prawo nie wymaga zakładania kasku podczas jazdy na rowerze, zdrowy rozsądek nakazuje, że powinien on być obowiązkowym wyposażeniem dziecka – niezależnie od tego, czy maluch już sam jeździ na rowerze czy tylko podróżuje w foteliku albo w przyczepce z rodzicami. Również starszaki i nastolatki nie powinny zapominać o ochronie głowy, kiedy wychodzą na rower. Dlaczego to takie ważne?

Kask rowerowy dla dziecka – ochrona, która naprawdę ma znaczenie

Nawet zderzenie przy prędkości około 10 km/h może doprowadzić do poważnych uszkodzeń mózgu. Kask znacząco tłumi siłę uderzenia i może zapobiec groźnym urazom głowy. Dotyczy to również 17 dziecięcych kasków rowerowych, które znajdziesz w tym teście.

Mimo to żaden z testowanych modeli w cenach od 60 do 350 zł nie zasłużył na ogólną ocenę dobrą. Niektóre kaski dobrze chronią, ale okazują się niewygodne lub mało praktyczne. Inne z kolei dobrze leżą na głowie, lecz zapewniają słabszą ochronę. W wynikach testu znajdziesz jednak model, który oferuje dobry poziom ochrony w bardzo przystępnej cenie. Być może cię zaskoczymy, ale to właśnie ten najtańszy kask – za 60 zł – okazał się najlepszy.

Kask będzie obowiązkowy

W 2011 roku w kasku na rowerze jeździło tylko ok. 45% dzieci. Późniejszych danych brak, ale wciąż widuje się młodych rowerzystów bez ochrony głowy, szczególnie poza dużymi miastami. Tymczasem według danych Komisji Europejskiej noszenie kasków zmniejsza liczbę śmiertelnych urazów głowy o ok. 70%.

Jednak już od czerwca 2026 r. jazda w kasku będzie w Polsce obowiązkowa – nowelizacja przepisów prawa o ruchu drogowym wprowadza obowiązek jazdy w kasku dla dzieci do 16. roku życia. Dlatego jeśli twoje dziecko jeszcze kasku nie ma, to najwyższy czas, żeby rozejrzeć się za jak najlepszym modelem.

Kaski dla dzieci w różnych rozmiarach

W testy były zaangażowane także dzieci. Dwunastu młodych rowerzystów przymierzało kaski, sprawdzało zapięcia i paski, a następnie jeździło w nich na rowerach.

W teście uwzględniono kaski przeznaczone dla dzieci w różnym wieku. Dostępne rozmiary obejmują obwód głowy od około 44 do 59 cm. Oznacza to, że niektóre modele pasują już półtorarocznym lub dwuletnim dzieciom, które jeżdżą w fotelikach rowerowych czy przyczepkach. Są też kaski dla początkujących rowerzystów na ich pierwsze własne rowery, a także dla starszych dzieci – nawet do około 12. roku życia.

Ten test kasków rowerowych dla dzieci pokazał jednak coś jeszcze: sam obwód głowy to tylko przybliżona wskazówka przy wyborze kasku. Zdarza się, że jego kształt nie pasuje do kształtu głowy dziecka. Dlatego najlepiej zawsze przymierzyć kask przed zakupem.

Test kasków rowerowych pokazuje, że cena nie świadczy o jakości

W badaniu znalazły się zarówno modele znanych producentów, jak i tańsze kaski sprzedawane m.in. w Lidlu czy Decathlonie. Ceny testowanych produktów mieszczą się w przedziale od 60 do 350 zł. Czy drogi kask jest gwarantem bezpieczeństwa? Okazuje się, że wcale nie. Co ciekawe, to właśnie najtańszy kask w teście kosztuje najmniej. Natomiast ranking zamykają modele za blisko 300 zł.

Dlatego tak ważne jest, aby przed zakupem kasku dla malucha, zapoznać się z wynikami niezależnych badań i na tej podstawie wybrać odpowiedni model, zamiast kierować się reklamą producenta.

Bezpieczeństwo pod lupą badaczy

Każdy z 17 dziecięcych kasków przeszedł wymagające testy zderzeniowe. Badacze w laboratorium porównali skuteczność, z jaką tłumią siłę uderzenia, zapobiegając tym samym poważnym urazom głowy.

Różnice między poszczególnymi kaskami były naprawdę duże. Niektóre modele chronią lepiej niż inne, szczególnie w okolicach skroni.

Jak dokładnie wygląda taki test? Kaski zakładane są manekinowi wyposażonemu w czujniki, a następnie wielokrotnie uderzają o podłoże z prędkością około 20 km/h.

W czasie tych testów pojawił się pewien problem. I nie dotyczył on tym razem wcale tłumienia siły uderzenia. Otóż w niektórych kaskach…

CO OTRZYMUJESZ KUPUJĄC TEN TEST
 
WYNIKI TESTU. Oceny 17 kasków rowerowych dla dzieci są przedstawione w tabeli. Wśród nich znajdziesz takich liderów rynku, jak Uvex, Cratoni czy Alpina, ale też tanie marki własne sklepów Lidl czy Decathlon. Ceny testowanych kasków wahają się od 60 do 350 zł, a więc testem zostały objęte modele z niższej i średniej półki cenowej. Kaski musiały wykazać się w teście idealną ochroną głowy podczas wypadku, być łatwe w obsłudze oraz wygodne. Kaski zostały też poddane badaniom na zawartość szkodliwych substancji. Te wszystkie cechy kasków eksperci porównali w badaniach laboratoryjnych.
 
PORADY DOTYCZĄCE ZAKUPU. Jak wybrać kask odpowiedni dla twojego dziecka, żeby mieć pewność, że skutecznie ochroni głowę w razie uderzenia? Które kaski przesuwały się na głowie podczas jazdy, co sprawiało, że przestawały skutecznie chronić? Z zakupu których kasków lepiej zrezygnować, a które polecamy? Z testu dowiesz się tego wszystkiego, co jest kluczowe przy wyborze kasku na rower dla malucha.
 
TABELA DO POBRANIA. Po wykupieniu tego testu, otrzymujesz dostęp do tabeli z rankingiem porównującym wyniki wszystkich badanych kasków (możesz ją pobrać w pliku PDF). Ponadto otrzymujesz dostęp do pełnej wersji artykułu opisującego badania i ich wyniki.

Testowane kaski: Abus YouDrop, Alpina Carapax Jr., Bell Span, Cratoni WildCar Mips, Cube Fink, Decathlon / Btwin Rockrider Expl 500, Fischer Plus-BMX, Giro Scamp II, Ked Street Jr. Pro, Lazer Nutz 2.0 KinetiCore, Lidl / Crivit, Melon Urban Active, Poc Pocito Omne MIPS, Puky Helmet, Specialized Shuffle 2 LED, Uvex Oyo, Woom Ready

Test suszarek do włosów: Tani model zaskakuje

14 SUSZAREK W TEŚCIE: Suszenie, stylizacja, układanie włosów – ten test suszarek do włosów to porównanie 14 modeli z funkcją jonizacji. Różnice cen są ogromne. Jakości – również – aż pięć suszarek oblało test.

Wśród badanych urządzeń znalazł się także Dyson Supersonic, suszarka wychwalana na forach internetowych. Kosztuje 2000 zł i jest zdecydowanie najdroższym modelem w całym zestawieniu.

Czy warto wydać 2000 zł na Dysona?

Czy naprawdę warto wydać na suszarkę aż tyle? A może tańsze urządzenie poradzi sobie z włosami równie dobrze? W teście są też suszarki za mniej niż 100 zł, które wypadły dobrze. A więc jaką suszarkę kupić, żeby nie żałować wydanych pieniędzy?

Test suszarek do włosów: Najlepsza suszarka i pięć, które oblały test

Odpowiedzi przynoszą wyniki testu 14 suszarek do włosów. Sprawdzamy także, co wyróżnia najlepszy model, dlaczego pięć urządzeń otrzymało ocenę niedostateczną oraz na jakie rozwiązania przy stylizacji włosów stawiają profesjonaliści.

W teście znalazły się nie tylko modele firm kojarzonych z włosami, jak Dyson czy Remington, lecz także urządzenia marek Panasonic, Rowenta i Babyliss. Badania suszarek w laboratorium pokazały, że za dobry sprzęt nie trzeba płacić fortuny.

Różnice między suszarkami widać nie tylko podczas stylizacji włosów. Znaczenie mają też łatwość obsługi i wyposażenie. Niektóre modele mają w zestawie kilka różnych końcówek, inne tylko jedną czy dwie. Bywa też, że koncentratora nie da się obracać, co utrudnia układanie fryzury. Suszarki różnią się również wagą i długością przewodu. A to ma znaczenie – jeśli suszenie włosów zajmuje komuś 10 minut lub więcej, lekka suszarka może sprawić, że będzie ono znacznie wygodniejsze i bardziej przyjemne.

Co obiecują suszarki z jonizacją?

Wszystkie urządzenia w teście wyposażono w funkcję jonizacji. Według producentów ma ona pomóc poskromić elektryzujące się włosy, które po czesaniu czy energicznym wycieraniu ręcznikiem zaczynają puszyć się na wszystkie strony.

Suszarki jonizujące wytwarzają ujemnie naładowane jony, które wraz ze strumieniem powietrza trafiają na włosy. Tam mają neutralizować ładunki elektrostatyczne, dzięki czemu włosy powinny się wygładzić i lepiej układać. Sprawdziliśmy w laboratorium i w praktyce, czy testowane suszarki rzeczywiście radzą sobie z tym zadaniem.

W teście suszarki miały trudne wyzwanie

Dobra suszarka powinna nie tylko szybko wysuszyć włosy, ale też ułatwiać ich stylizację. Dlatego przetestowaliśmy urządzenia na dziesiątkach głów i sprawdziliśmy m.in.:

Wskazówka ekologiczna
 
Na najwyższym ustawieniu wiele suszarek pobiera 2000 W mocy lub więcej. Jeśli używasz suszarki 10 minut dziennie, oznacza to co najmniej 122 kWh energii rocznie. Najprostszy sposób na oszczędność? Skrócenie czasu suszenia.

– jak łatwo włosy rozczesują się po suszeniu,

– czy nie stają się szorstkie i przesuszone,

– czy nie elektryzują się i nie odstają.

Ocenialiśmy również temperaturę strumienia powietrza, wygodę włączania zimnego nawiewu oraz to, jak chłodne powietrze faktycznie wydostaje się z suszarki.

W laboratorium urządzenia przeszły prawdziwą próbę wytrzymałości. Przez prawie dwa tygodnie pracowały niemal non stop – oczywiście z przerwami na ostygnięcie. Suszarki kilkakrotnie upuszczano, a ich przewody wiele razy zginano, by sprawdzić, czy nie ulegną uszkodzeniu. Nie wszystkie modele przetrwały te testy.

CO OTRZYMUJESZ KUPUJĄC TEN TEST
 
WYNIKI TESTU. Oceny 14 suszarek do włosów są przedstawione w tabeli. Wśród nich znajdziesz takich liderów rynku, jak Dyson, Remington, Panasonic, Rowenta, Babyliss i wielu innych. Ceny testowanych suszarek wahają się od 75 do 2000 zł. Suszarki z testu musiały wykazać się skutecznością stylizacji włosów, łatwością obsługi i trwałością. Dodatkowo laboratorium sprawdziło, czy są bezpieczne i czy zawierają szkodliwe substancje.
 
PORADY DOTYCZĄCE ZAKUPU. Czy warto płacić krocie za suszarkę do włosów? Czy może tani model będzie równie dobry? Z dalszej części testu dowiesz się, które modele okazały się dobre, a które otrzymały najniższą z możliwych ocen – niedostateczną – i dlaczego. No i czy warto kupić suszarkę z jonizacją czy może to tylko chwyt marketingowy.
 
TABELA DO POBRANIA. Po wykupieniu tego testu, otrzymujesz dostęp do tabeli z rankingiem porównującym wyniki wszystkich badanych suszarek (możesz ją pobrać w pliku PDF). Ponadto otrzymujesz dostęp do pełnej wersji artykułu opisującego badania i ich wyniki.

Testowane suszarki: Babyliss Hydro Fusion D773DE, Beurer StylePro HC 55, Braun Satin Hair 7 HD770,Dyson Supersonic, Grundig NaturaShine HD 8080, Koenic KHD 4221 AC, Panasonic EH-NA63CN825, Philips BHD510/00 5000 Series, Philips BHD628/00 Prestige, Proficare PC-HTD 3047, Remington Hydraluxe AC8901, Remington Proluxe You AC9800, Rowenta Studio Dry Glow CV5830, Valera Excel 2000 Ionic

Zdjęcie: diana.grytsku on Freepik

Pestycydy w mrożonych warzywach

9 MROŻONEK W TEŚCIE: Sprawdziliśmy warzywa na patelnię. Ile pestycydów mają popularne mrożonki? Podpowiadamy też, dlaczego warto dokładnie przyjrzeć się liście składników.

Mrożone mieszanki warzywne na patelnię to dla wielu osób szybki sposób na obiad, ale też na dostarczenie w diecie odpowiedniej ilości warzyw. Wystarczy kilka minut na patelni i gotowe. Ale czy takie produkty zawierają pozostałości pestycydów? Żeby to sprawdzić, oddaliśmy do laboratorium dziewięć mrożonek – zarówno znanych marek, jak i marek własnych sklepów. Badania na zawartość pozostałości 554 pestycydów przeprowadził na zlecenie Fundacji Pro-Test Zakład Badania Bezpieczeństwa Żywności Instytutu Ogrodnictwa – Państwowego Instytutu Badawczego w Skierniewicach. Wyniki nas zaskoczyły.

Dobra wiadomość: w wielu produktach nie wykryliśmy żadnych pestycydów

W czterech badanych mieszankach laboratorium nie wykryło żadnych pozostałości pestycydów. Chodzi o produkty:

Frosta Warzywa na patelnię ulubione

Biedronka – Mroźna Kraina Warzywa na patelnię letnie

Kaufland – K-Classic Warzywa na patelnię smakosza oraz Netto – Harvest Best Warzywa na patelnię klasyczne

To bardzo dobra wiadomość dla konsumentów, tym bardziej, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że w wielu innych z naszych testów żywności wykrywaliśmy nawet po kilkanaście pestycydów w pojedynczym produkcie.

W części produktów tylko jeden pestycyd

W trzech mieszankach laboratorium wykryło po jednej szkodliwej substancji:

Auchan – Warzywa na patelnię z brokułami – ten produkt zawierał azoksystrobinę – fungicyd powszechnie występujący w owocach i warzywach. Jednak w mrożonce marki własnej Auchan znajdował się jedynie w śladowej ilości (0,006 mg/kg), znacznie poniżej dopuszczalnego limitu dla marchwi (1 mg/kg) i brokułów (5 mg/kg), których w tym produkcie jest najwięcej.

Hortex Warzywa na patelnię polskie, w którym wykryto fensulfotion sulfon. Niepokój może budzić fakt, że jest to pestycyd niezatwierdzony do użytku w Unii Europejskiej. Jego obecność w tej mrożonce zaskakuje tym bardziej, że producent w nazwie podkreśla, iż warzywa są polskie. Wynika z tego, że albo polscy dostawcy Horteksu stosują zakazane pestycydy, albo Hortex nie oferuje nam wcale warzyw polskich, tylko spoza Unii Europejskiej.

Lidl – Freshona Warzywa na patelnię z ziemniakami – ta mrożonka zawierała spirotetramat. To insektycyd zwalczający szkodniki, takie jak mszyce i przędziorki. Jego ilość w produkcie marki własnej Lidla nie przekracza norm, lecz trzeba wziąć pod uwagę fakt, że pestycyd ten wykrywaliśmy również w wielu innych produktach, więc ważne jest, aby minimalizować jego spożycie. Obawy budzi szkodliwe działanie tej substancji na płodność, a także podejrzewa się, że może szkodzić dziecku w łonie matki. Ponadto działa toksycznie na organizmy wodne, powodując długotrwałe skutki w środowisku. Komisja Europejska wycofuje go z obrotu, co może wskazywać na potencjalne zagrożenia związane z jego stosowaniem.

Dwa produkty z dwoma pestycydami

W dwóch badanych mieszankach znaleźliśmy po dwa różne pestycydy:

Aldi – All Seasons Warzywa na patelnię: azoksystrobinę i cyprodynil należący do fungicydów o umiarkowanym profilu toksykologicznym; nie jest on szczególnie niebezpieczny dla konsumentów.

Proste Historie Warzywa na patelnię po polsku marki Iglotex: azoksystrobinę i difenokonazol, który działa toksycznie na organizmy wodne i jest bardzo trujący dla ptaków.

Wyniki lepsze niż się spodziewaliśmy

Musimy przyznać, że wyniki tego testu nas zaskoczyły. W badanych mieszankach warzyw liczba wykrytych pestycydów była niewielka, a w prawie połowie produktów badacze nie znaleźli ich wcale. To dobry sygnał dla konsumentów i wskazówka, że mrożone warzywa są dobrą alternatywą dla świeżych i z powodzeniem mogą stanowić uzupełnienie naszej diety w witaminy i inne korzystne dla zdrowia związki roślinne.

Mrożonki pełne witamin

Trzeba tu zaznaczyć, że mrożonki wcale nie są uboższe od świeżych warzyw w wartości odżywcze. Jak to możliwe? Otóż warzywa są zwykle zamrażane bardzo szybko po zbiorze, często w ciągu kilku godzin. Dzięki temu zachowują dużą część składników odżywczych.

Przed zamrożeniem większość warzyw jest co prawda krótko blanszowana w gorącej wodzie, co może powodować pewne straty niektórych witamin – zwłaszcza tych rozpuszczalnych w wodzie, takich jak witamina C czy część witamin z grupy B. Badania pokazują jednak, że straty te są niewielkie, a po zamrożeniu zawartość witamin pozostaje stosunkowo stabilna przez długi czas przechowywania.

Co ciekawe, świeże warzywa przechowywane przez kilka dni w transporcie lub w sklepie również stopniowo tracą część witamin. Dlatego w praktyce mrożone warzywa mogą mieć podobną, a czasem nawet wyższą wartość odżywczą niż świeże warzywa długo przechowywane po zbiorze. A teraz widzimy dodatkowo, że mogą być nawet lepszym wyborem, ponieważ nie mają pozostałości pestycydów lub zawierają ich niewiele.

To ważna informacja dla osób, które sięgają po mrożonki ze względu na wygodę lub oszczędność czasu.

Dlaczego w mrożonkach często nie ma pestycydów?

Nasz test pokazuje, że mrożone warzywa mają mniej pozostałości pestycydów niż świeże, ale nie dlatego, że pestycydów nigdy nie użyto w uprawie. Kluczowe są procesy technologiczne stosowane przed zamrożeniem.

Otóż po zbiorze warzywa przeznaczone do mrożenia są bardzo dokładnie myte w zakładzie przetwórczym. Badania naukowe pokazują, że samo mycie może usunąć znaczną część pestycydów znajdujących się na powierzchni warzyw.

Kolejnym etapem jest zwykle blanszowanie, czyli krótkie zanurzenie warzyw w gorącej wodzie. Proces ten trwa zazwyczaj od jednej do kilku minut i ma na celu przede wszystkim zatrzymanie procesów enzymatycznych, które mogłyby pogorszyć jakość produktu podczas przechowywania. Jednocześnie blanszowanie powoduje wypłukiwanie części pestycydów do wody, a wysoka temperatura – rozkład niektórych substancji chemicznych. Badania naukowe pokazują, że mycie i blanszowanie mogą znacząco obniżyć poziom pozostałości pestycydów.

Po tych etapach warzywa są szybko zamrażane, co zatrzymuje procesy biologiczne i pozwala zachować ich jakość.

Znaczenie może mieć także fakt, że warzywa przeznaczone do produkcji mrożonek często pochodzą z upraw prowadzonych specjalnie dla przemysłu przetwórczego. Firmy przetwórcze stosują własne wymagania jakościowe i kontrolują surowiec, zanim trafi on do produkcji.

Świeże warzywa sprzedawane w sklepach zwykle nie przechodzą tak intensywnego procesu mycia i obróbki technologicznej, dlatego pestycydy stosowane w uprawie mogą być w nich częściej wykrywane.

Składy mrożonek – nie wszystkie są równie dobrym wyborem

Jak już pokazaliśmy, pod względem witamin mrożone warzywa mogą być świetnym wyborem. Warto jednak pamiętać o jeszcze jednej rzeczy: nie wszystkie mrożonki mają tak samo dobry skład.

Niektórzy producenci sprzedają po prostu mieszankę warzyw, ale inni dodają do niej tłuszcz, ziemniaki podsmażane, a nawet aromaty, cukier czy syrop glukozowy. Dlatego przed zakupem warto dokładnie sprawdzić etykietę.

Najlepiej wybierać produkty, w których składzie są po prostu same warzywa – bez dodatkowego tłuszczu. Tłuszcz zawsze można dodać samemu na patelni. Ma to znaczenie także dlatego, że tłuszcz jest najbardziej kalorycznym składnikiem diety – nawet niewielka jego ilość znacząco zwiększa kaloryczność potrawy. Każda dodatkowa łyżka oleju to 100 kcal więcej w posiłku. Gdy dodajemy go sami, mamy nad tym pełną kontrolę.

Najlepszy skład – same warzywa

Najprostszym i najbardziej przejrzystym składem w naszym teście wyróżnia się produkt:

Frosta Warzywa na patelnię ulubione

W składzie Frosty znajdują się wyłącznie warzywa: marchew, żółta marchew, kalafior, fasolka szparagowa i groszek, bez dodatku tłuszczu, cukru czy innych składników. To przykład produktu, który pozwala konsumentowi samodzielnie zdecydować, jak doprawić i na czym przygotować warzywa.

Dobry skład – głównie warzywa

Do stosunkowo prostej mieszanki można zaliczyć także:

Warzywa na patelnię z brokułami marki własnej Auchan

Ta mrożonka zawiera wyłącznie różne warzywa, m.in. brokuły, marchew, fasolkę, kukurydzę czy groszek. W składzie pojawiają się także ziemniaki, ale bez dodatku tłuszczu (a przynajmniej nie wspomina o nim producent).

Mieszanki z dodatkiem podsmażanych ziemniaków

Do wielu mieszanek producenci dodają ziemniaki, które zostały wcześniej podsmażone na oleju. To wygodne rozwiązanie, bo danie jest bardziej sycące i przypomina gotowy posiłek. Trzeba jednak pamiętać, że oznacza to także dodatkowy tłuszcz i więcej kalorii.

Do tej grupy należą m.in.:

Harvest Best Warzywa na patelnię klasyczne z Netto (25% talarków ziemniaka podsmażanych w oleju),

Mrożonka marki własnej Lidla – Freshona Warzywa na patelnię z ziemniakami, w której talarki ziemniaczane z olejem rzepakowym stanowią 25%,

All Seasons Warzywa na patelnię marki własnej sieci sklepów Aldi (tu mamy aż 30% podsmażanych ziemniaków),

Proste Historie Warzywa na patelnię po polsku firmy Iglotex (również z 30% podsmażanych ziemniaków).

Warto zwrócić uwagę zwłaszcza na ostatni produkt: wśród składników widzimy mieszankę przyprawową w saszetce. Dodatek różnych ziół nie stanowi problemu, jednak wśród przypraw znajduje się też sól. Ponieważ należy ograniczać jej ilość w naszej diecie, warto mieć świadomość, że do produktu, który traktujemy po prostu jak warzywa, również może być dodana.

Na plus możemy zaliczyć fakt, że producent dodaje do tej mrożonki przyprawy i sól w osobnej saszetce. Dzięki temu sami możemy sobie dozować jej ilość. Nie musimy wcale zużywać całej saszetki do naszego dania, tylko doprawić do smaku.

Podobne rozwiązanie stosuje inny producent:

Hortex w swoich Warzywach na patelnię polskich

Tu też przyprawy znajdują się w osobnej saszetce, więc konsument może sam zdecydować, czy dodać je w całości, tylko część albo w ogóle z nich zrezygnować. To rozwiązanie daje większą kontrolę nad smakiem i ilością soli w potrawie. A w przypadku mieszanki Hortex nie tylko sól jest tym składnikiem, którego lepiej unikać – do saszetki z przyprawami Hortex dodał jeszcze naturalne aromaty, w tym aromat dymu wędzarniczego. Ten dodatek do żywności może działać genotoksycznie, czyli zwiększać ryzyko raka i chorób dziedzicznych. Z tego powodu Unia Europejska zakazała stosowania części tego typu aromatów. Producenci mogą ich używać jeszcze tylko do lipca 2026 r.

Najgorsze składy w teście

Najbardziej rozbudowane składy mają dwa produkty w teście:

Mrożonka marki własnej Biedronki – Mroźna Kraina Warzywa na patelnię letnie

Warzywa stanowią tu prawie 90% składu, co jest dobrym wynikiem. Problematyczny jest tu jednak dodatek gotowego sosu, który stanowi 7,7% produktu. Sos ten składa się w większości z tłuszczów: olejów rzepakowego i słonecznikowego. Zawiera też aromaty, cukier oraz miód. Ten ostatni składnik, choć brzmi zdrowo, to podczas podgrzewania warzyw jego cenne właściwości i tak znikną. W praktyce zostaje głównie cukier.

Podczas zakupów warto mieć świadomość, że produkt z Biedronki to już nie tylko same warzywa, bo producent dorzucił do nich także sos z olejem i cukrem.

Kaufland – K-Classic Warzywa na patelnię smakosza

Do tej mrożonki producent dodał także tłuszcz, w tym palmowy, oraz cukier, syrop glukozowy i sól. Są tu aż trzy różne rodzaje tłuszczu, w tym szczególnie niepożądany w naszej diecie tłuszcz palmowy, a także dodatki słodzące. W przypadku mieszanki warzywnej takie dodatki trudno uznać za potrzebne. Zamiast prostego produktu otrzymujemy bardziej przetworzoną mieszankę, która częściowo traci swój zdrowotny potencjał.

A więc kiedy kupujesz warzywa na patelnię, pamiętaj o prostej zasadzie: im mniej dodatków poza samymi warzywami, tym lepiej. Najlepszym wyborem są mieszanki zawierające wyłącznie warzywa, bez dodatku tłuszczu i zbędnych składników. Dzięki temu to my decydujemy, ile tłuszczu czy soli trafi na patelnię.

TAK TESTOWALIŚMY
 
Laboratorium Zakład Badania Bezpieczeństwa Żywności Instytutu Ogrodnictwa – Państwowego Instytutu Badawczego w Skierniewicach przebadało akredytowanymi metodami badawczymi na zlecenie Fundacji Pro-Test dziewięć próbek mrożonych warzyw na patelnię. W mrożonkach laboratorium oznaczyło zawartość pozostałości 554 pestycydów. Produkty do testu zostały zakupione w styczniu 2026 r.

Test maszynek do golenia: zwycięzcy i koszt ukryty w ostrzach

15 RĘCZNYCH MASZYNEK DO GOLENIA W TEŚCIE: Dokładność i delikatność dla skóry – tego oczekujemy od maszynki do golenia. Test maszynek do golenia – systemowych i tradycyjnych na żyletki – pokazał, że wszystkie poradziły sobie z tym bez większych problemów. Gorzej jest z ceną: tanie golenie zapewnia tylko niewielka część testowanych modeli. Pewnie zaskoczy cię też fakt, że liczba ostrzy wcale nie przekłada się na skuteczność golenia, ani na trwałość maszynki. Nie wszystkie ostrza są też równie trwałe.

Niezależnie od tego, czy chodzi o golenie codzienne, czy tylko kilkudniowego zarostu, wielu mężczyzn sięga po maszynki do golenia na mokro. Sprawdziliśmy łącznie 15 modeli: 11 maszynek systemowych z trzema do sześciu ostrzy oraz cztery klasyczne maszynki na jedną żyletkę. W teście przeanalizowaliśmy także, ile w dłuższej perspektywie kosztują wymienne ostrza. Zaskakujący wniosek testu: Tania maszynka marki własnej sieci sklepów wcale nie musi być gorszym wyborem od drogich, popularnych marek.

Ten test maszynek pokazuje jednoznacznie: dobrych urządzeń nie brakuje na rynku. Jednak większa liczba ostrzy nie oznacza automatycznie lepszego golenia ani większej trwałości. Co więcej, to właśnie koszty wymiennych wkładów najmocniej obciążają portfel. Odpowiedni wybór maszynki może oznaczać oszczędność sięgającą nawet kilkuset złotych rocznie.

Dla kogo maszynka systemowa, a dla kogo klasyczna z żyletką?

W teście ręcznych maszynek do golenia na mokro uwzględniliśmy dwie grupy produktów: maszynki systemowe z wymiennym wkładem ostrzy oraz klasyczne maszynki na jedną żyletkę.

Maszynki systemowe są rozwiązaniem dla osób ceniących wygodę i prostotę użytkowania. Natomiast maszynka na żyletkę będzie właściwym wyborem dla ciebie, jeśli poświęcasz więcej czasu goleniu i chcesz ograniczyć wpływ swojego golenia na środowisko.

W tym teście nie znajdziesz natomiast maszynek jednorazowych. Dlaczego? Nie objęliśmy ich badaniem ze względów ekologicznych. Już na etapie wstępnej analizy potwierdziło się bowiem, że choć są one tanie w zakupie, szybko tracą ostrość i gorzej chronią skórę przed podrażnieniami. Taką maszynkę trzeba wyrzucić po maksymalnie kilku goleniach. Dlatego odradzamy zakup jednorazówki.

Duże różnice w kosztach wymiany ostrzy

Niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z wymiennym wkładem z kilkoma ostrzami, czy z klasyczną żyletką, stępione ostrze trzeba wymienić. A to może słono kosztować. W teście średnia trwałość ostrzy wynosiła od siedmiu do piętnastu goleń. Tymczasem wymienny wkład kosztuje od 3,33 zł (Aldi Lacura Men 4) do 16,33 zł (Gillette Labs).

Różnice cenowe między wkładami są ogromne. Osoba goląca się codziennie, wydaje na same ostrza kilkaset złotych rocznie – w zależności od wybranego systemu może to być nawet ponad 500 zł.

Nieco taniej wypadają żyletki do wymiany w klasycznych maszynkach z testu. W ich wypadku na nową żyletkę trzeba wydać od 80 gr. (Störtebekker Silver) do 2,50 zł (Merkur 23c).

SYSTEMOWA CZY NA ŻYLETKĘ?
Jak rodzaj maszynki do golenia wybrać?
 
Nowoczesne maszynki systemowe:
Ich rączki wykonane są z twardych i miękkich tworzyw sztucznych, czasem z dodatkiem elementów metalowych. Wymienny wkład zawiera – w zależności od modelu – od trzech do sześciu ostrzy oraz pasek nawilżający, który ma ograniczać podrażnienia skóry. Wiele maszynek z testu jest wyposażonych w dodatkowe ostrze do konturowania, np. do golenia bokobrodów. Pięć modeli miało także trójwymiarową, ruchomą głowicę, która odchyla się nie tylko w górę i w dół, ale również na boki.
 
Klasyczne maszynki na żyletki:
Wszystkie testowane maszynki tego typu wykonane są z metalu. Zastosowano w nich zamknięty grzebień, dzięki czemu nadają się również dla osób początkujących – ostrze jest bowiem bardziej cofnięte niż w maszynkach z grzebieniem otwartym. To konstrukcje ponadczasowe, pozbawione zbędnych dodatków. Głowica jest nieruchoma, dlatego podczas golenia kluczowe znaczenie ma prawidłowe ustawienie kąta prowadzenia maszynki.

Test maszynek do golenia: Jak je porównaliśmy?

W badaniu wzięło udział łącznie 160 mężczyzn, którzy golili się maszynkami w laboratorium badawczym lub w warunkach domowych. Część z nich oceniała dokładność golenia, łagodność dla skóry oraz wygodę użytkowania. Pozostali używali ostrzy tak długo, jak to możliwe, aby sprawdzić ich trwałość.

Dodatkowo oceniliśmy sposób pakowania maszynek oraz to, czy producenci przekazują informacje dotyczące prawidłowej segregacji i utylizacji odpadów. Szczegółowy opis metodologii znajduje się niżej, w części „Tak testowaliśmy”.

Maszynki do golenia także dla kobiet

Systemowe maszynki przeznaczone dla kobiet mają zwykle bardziej zaokrąglone głowice, co ułatwia golenie miejsc takich, jak pachy czy okolice bikini. Część użytkowniczek sięga jednak po maszynki „męskie” – m.in. dlatego, że są one zazwyczaj cięższe i lepiej leżą w dłoni. Wbrew obiegowym opiniom nie potwierdziliśmy, aby maszynki dla kobiet były droższe od męskich odpowiedników.

Włosy na ciele, np. na nogach, można golić również klasyczną maszynką na żyletki. Tego typu modele są dostępne w różnych wersjach estetycznych – od klasycznego srebra po złoto czy złoto różowe.

Wskazówka: Jeśli wolisz golić się maszynką elektryczną, sprawdź nasz test 9 golarek elektrycznych.

Jak oszczędzić 400 zł rocznie?

Ten test maszynek do golenia pokazuje jasno: w dłuższej perspektywie to nie sama maszynka, lecz wymienne ostrza generują największe koszty. Różnice cen między nimi są bardzo duże. Najwyższe koszty golenia generuje maszynka…

CO OTRZYMUJESZ KUPUJĄC TEN TEST
 
WYNIKI TESTU. Oceny 15 ręcznych maszynek do golenia (w tym 11 systemowych i czterech klasycznych na żyletkę) są przedstawione w tabeli. Wśród nich znajdziesz takich liderów rynku, jak Gillette czy Wilkinson, ale też tańsze marki własne sklepów Lidl, Aldi czy Rossmann. Ceny testowanych maszynek wahają się od 13,95 do 234,99 zł, ale to dopiero początek wydatków – w tabeli z wynikami zobaczysz, ile musisz regularnie wydawać na wymienne wkłady z ostrzami do każdej z maszynek. Maszynki z testu musiały wykazać się dokładnością golenia, ochroną skóry i trwałością ostrzy. Dodatkowo laboratorium zbadało wygodę użytkowania i opakowania.
 
PORADY DOTYCZĄCE ZAKUPU. Jaki rodzaj maszynki do golenia jest stworzony dla ciebie? Systemowa czy klasyczna na żyletkę? Z dalszej części testu dowiesz się, które modele szły ze sobą w teście „łeb w łeb” oraz czy warto wybierać maszynkę o dużej liczbie ostrzy. Zaraz dowiesz się też, jakie są cztery popularne mity o goleniu i co powiedziały nam o nich wyniki testu. Ten test maszynek do golenia pomoże ci znaleźć najlepszy model do twoich potrzeb.
 
TABELA DO POBRANIA. Po wykupieniu tego testu, otrzymujesz dostęp do tabeli z rankingiem porównującym wyniki wszystkich badanych maszynek (możesz ją pobrać w pliku PDF). Ponadto otrzymujesz dostęp do pełnej wersji artykułu opisującego badania i ich wyniki.

Testowane maszynki:

Systemowe: Aldi Lacura Men 4 ostrza, Aldi Lacura Men 6 ostrzy, dm Balea Men Precision 5 Flex-Pro, Gillette Fusion 5, Gillette Labs, Gillette Mach 3, Lidl Cien Men Dynamic 5 Pro, Rossmann Isana Men Pace 5, Wilkinson Sword Hydro 3 Skin Protection, Wilkinson Sword Hydro 5 Skin Protection Advanced, Wilkinson Sword Hydro 5 Skin Protection Regular

Klasyczne z żyletką: Merkur 23c, Mühle Traditional R89 chrom, Störtebekker Silver, Wilkinson Sword Edge

Zdjęcie: Image by wayhomestudio on Freepik

Pestycydy w herbatach owocowych

9 HERBATEK ROZGRZEWAJĄCYCH W TEŚCIE: Miód, cytryna, imbir, owoce, zioła – składniki zimowych herbatek sugerują wzmocnienie odporności i kojarzą się z czymś naturalnym, bezpiecznym, wręcz „domowym”. Często podajemy je też dzieciom i bliskim, nawet codziennie przez całą zimę. Ale to, co może w herbatkach rozgrzewać najbardziej, to liczba pestycydów. Mało tego! Jedna z wykrytych substancji jest zakazana w UE.

Zbadaliśmy pozostałości pestycydów w dziewięciu popularnych herbatkach rozgrzewających. Wyniki zatrważają: jeden produkt miał aż 15 różnych szkodliwych substancji. Cztery inne – od 10 do 14. Dwie herbaty miały tylko po jednym pestycydzie. Badania na zawartość 517 pozostałości pestycydów przeprowadził na zlecenie Fundacji Pro-Test Zakład Badania Bezpieczeństwa Żywności Instytutu Ogrodnictwa – Państwowego Instytutu Badawczego w Skierniewicach.

Herbapol znów zawodzi

Najwięcej pozostałości pestycydów wykryliśmy w herbatce Herbapol Herbaciany Ogród Zimowy Sekret: zawierała aż 15 różnych pestycydów. Wynik zaskakuje tym bardziej, że Herbapol to marka od lat obecna w polskich domach, kojarzona z tradycją i budząca zaufanie. Wielu konsumentów sięga po jej produkty właśnie dlatego, że wydają się bezpiecznym i jakościowym wyborem. Wynik badania pokazuje jednak, że rozpoznawalna marka i wieloletnia obecność na rynku nie muszą iść w parze z ich jakością i niską liczbą pozostałości pestycydów.

Warto tu przypomnieć, że herbatka zimowa Herbapolu to nie pierwszy wyrób tego producenta, w którym wykrywamy koktajl pestycydów. W niedawnym teście dżem truskawkowy Herbapol zawierał osiem pozostałości pestycydów.

Kolejna pod względem liczby wykrytych pestycydów jest Bifix Herbata Zimowa ekspresowa – zawierała pozostałości 14 pestycydów. To wynik tylko nieznacznie niższy niż w przypadku najsłabszego produktu w teście.

Tymczasem marka Bifix od lat buduje swój wizerunek wokół ekologicznych składników, co dla wielu konsumentów jest ważnym argumentem przy wyborze herbaty. Nawet zapis nazwy marki sugeruje, że mamy do czynienia z produktami „bio”, choć w rzeczywistości herbatka wcale nie jest ekologiczna. Jak się okazuje – jest wręcz przeciwnie – zawiera bowiem mieszankę kilkunastu niepożądanych substancji chemicznych.

Lidl łamie nawet własne zasady

Niemal równie dużo pestycydów – bo 13 – zawierała herbatka marki własnej sieci sklepów Lidl – Lord Nelson Rozgrzewające Smaki cytryna i miód. To wielokrotnie więcej nawet od wewnętrznych wytycznych Lidl Polska, który dla swoich produktów ustalił maksymalną liczbę czterech substancji czynnych, zaś w swoich komunikatach powołuje się na liczbę wykonanych badań i dbałość o konsumentów. Wynik herbaty z Lidla podważa wiarygodność deklarowanych przez sieć wewnętrznych limitów i pokazuje, że marketingowe hasła nie idą w parze z rzeczywistą jakością produktu.

Kolejne herbatki w rankingu z wysoką liczbą wykrytych pestycydów to: Mokate Loyd Rozgrzewająca Malina z cynamonem i czarnym pieprzem (11) oraz Irving Grzaniec z jabłkiem i cynamonem (10).

Biedronka wygrywa z Lildem

Z drugiej strony znaleźliśmy też produkty, które wypadły zdecydowanie lepiej. Herbata marki własnej sieci sklepów Biedronka – Remsey Rozgrzej się! O smaku cytryny, imbiru i miodu zawierała pozostałości trzech pestycydów.

Również apteczna marka Zielnik DOZ i jej Rozgrzewająca herbatka miała trzy związki. Ale czy po produkcie sprzedawanym w aptece konsument spodziewałby się pozostałości pestycydów? Nie jest ich dużo, lecz marka apteczna zobowiązuje do jeszcze lepszej kontroli i niedopuszczania do obrotu produktu z jakimikolwiek pozostałościami szkodliwych substancji.

Najlepiej w teście wypadły: Lipton Chai Czarna herbata z cynamonem z Indonezji oraz Teekanne Winter Punch, w których wykryliśmy tylko po jednym pestycydzie. Jest to bardzo dobry wynik, zważając na fakt, że nie są to herbaty ekologiczne.

Koktajl pestycydów w kubku

Jak widać, w większości przebadanych herbat mamy do czynienia z „koktajlem pestycydów”. Terminem tym naukowcy nazywają sytuację, w której w jednym produkcie wykrywanych jest wiele różnych substancji chemicznych jednocześnie.

Nauka od lat sygnalizuje, że łączny wpływ wielu substancji może być inny (i silniejszy) niż działanie każdej z nich osobno. Efekty poszczególnych pestycydów działających łącznie mogą się wzajemnie wzmacniać lub wpływać na organizm w sposób trudny do przewidzenia. Wiedza na ten temat wciąż jest ograniczona, a badań uwzględniających długotrwałe, codzienne spożycie takich mieszanin jest niewiele.

W przypadku herbatek rozgrzewających znaczenie ma także sposób ich spożywania. To produkty, po które sięgamy regularnie, często przez kilka miesięcy w roku, nierzadko z myślą o zdrowiu i odporności.

Z tego powodu coraz częściej podkreśla się, że przy ocenie bezpieczeństwa żywności warto patrzeć nie tylko na pojedyncze przekroczenia, ale także na liczbę i różnorodność wykrytych substancji w jednym produkcie.

Jak powstają herbatki rozgrzewające i skąd biorą się w nich pestycydy?

Herbatki rozgrzewające to zwykle mieszanki wielu składników: herbaty, ziół, przypraw korzennych i owoców. Choć na opakowaniu wyglądają jak prosta, naturalna kompozycja, ich droga do sklepowej półki jest znacznie bardziej złożona. I właśnie na tej drodze pojawia się ryzyko zanieczyszczenia pozostałościami pestycydów.

Wszystko zaczyna się na etapie uprawy surowców. Rośliny wykorzystywane do produkcji herbatek – zarówno liście herbaty, jak i zioła, przyprawy czy owoce – są uprawiane na dużą skalę i często chronione chemicznie przed szkodnikami, chorobami i pleśnią. Surowce pochodzą z różnych krajów i kontynentów, gdzie obowiązują odmienne standardy stosowania środków ochrony roślin. Producent herbatki rzadko ma pełną kontrolę nad całym tym procesem, bo składniki kupowane są od wielu dostawców.

Dlatego tym ważniejsza jest kontrola finalnego produktu przed wprowadzeniem go na rynek. I to zadanie należy w pierwszej kolejności do producenta. Czy w przypadku testowanych herbatek wywiązują się w niego? Niestety, jak się okazuje, w większości przypadków nie.

Jednak fakt, że dwie herbatki zawierały tylko po jednym pestycydzie dowodzi, że – nawet, jeśli w produkcie zamkniętych jest wiele składników potencjalnie narażonych na pozostałości pestycydów – możliwa jest skuteczna kontrola i ich wyeliminowanie.

Herbata z wytłoczyn

W przypadku owoców warto dodać jedną istotną informację, której zwykle nie widać na opakowaniu. Owoce w herbatkach to najczęściej wytłoczyny, czyli pozostałości po produkcji soków. Oznacza to, że wykorzystuje się przede wszystkim skórki, miąższ i pestki – te części owoców, w których pozostałości pestycydów mogą kumulować się w największym stopniu.

Po zbiorach surowce są suszone. Ten etap również ma znaczenie, bo suszenie nie usuwa pestycydów. Wręcz przeciwnie – wraz z odparowaniem wody pozostałości chemiczne mogą koncentrować się w suchym produkcie. Dotyczy to zarówno ziół i herbaty, jak i przypraw korzennych czy owocowych wytłoczyn.

Na kolejnym etapie wszystkie składniki są mieszane. Jedna herbatka może zawierać surowce pochodzące z wielu różnych upraw i krajów, z których każdy ma swoją „historię” stosowania pestycydów. W praktyce oznacza to, że w gotowym produkcie mogą pojawić się pozostałości wielu różnych substancji jednocześnie.

Luka w prawie dotyczącym produktów złożonych

Gotowa mieszanka trafia następnie do torebek i na półki sklepowe. I tu pojawia się problem – takich produktów jak herbatki zimowe, złożonych z wielu składników, nie obowiązują żadne normy dotyczące pozostałości pestycydów. Prawo unijne ustala bowiem dopuszczalne poziomy tych związków tylko dla jednorodnych produktów, np. dla samych jabłek, ale gdy te jabłka znajdą się w herbacie zimowej, wraz z innymi składnikami, to dla takich wyrobów nie ma żadnych limitów.

To luka prawna, która sprawia, że producent nie musi kontrolować końcowego produktu pod kątem ilości pestycydów.

Jak więc widać, nikt nie ma kontroli nad produktami złożonymi, bo ich nie obowiązują normy dotyczące pestycydów. To sprawia, że producent może stosować owoce złej jakości.

Niebezpieczny związek w herbatach

W herbatkach wykryliśmy liczne pestycydy, ale jeśli mielibyśmy wskazać jeden, który wzbudza największe obawy, byłby to chloropiryfos. Jest to organofosforowy pestycyd stosowany w rolnictwie od lat 60. XX w. do zwalczania szkodników, głównie owadów. Działa poprzez blokowanie enzymu niezbędnego do prawidłowego przekazywania sygnałów w układzie nerwowym, co u szkodników prowadzi do paraliżu i śmierci.

Chloropiryfos był tak szeroko stosowany, że przez lata można było wykrywać jego pozostałości w różnego typu żywności – na powierzchni owoców i warzyw, w pszenicy czy w produktach zbożowych. Od 2020 roku jest zakazany w Unii Europejskiej. Tymczasem w naszym teście wykryliśmy go w badanych herbatkach: Lord Nelson z Lidla, Loyd marki Mokate, Bifix i Irving, ale najwięcej było tego krytycznego związku w badanej herbacie Herbapolu.

Dlaczego naukowcy zwracają na niego uwagę?

Chloropiryfos jest szczególnie kontrowersyjny ze względu na potencjalne działanie neurologiczne. Blokując enzymy ważne dla przekazywania sygnałów nerwowych, ma wpływ na układ nerwowy.

Naukowcy i instytucje zajmujące się bezpieczeństwem żywności i zdrowia publicznego wskazują też, że nawet niskie dawki chloropiryfosu mogą być problematyczne, szczególnie dla dzieci i osób w okresie rozwoju neurologicznego. Badania sugerują, że prenatalna ekspozycja na ten związek może prowadzić do trwałych zmian w mózgu dziecka, obniżonego ilorazu inteligencji czy problemami z pamięcią i koncentracją. Działanie to związane jest z faktem, że organizmy dzieci są bardziej wrażliwe na substancje, które oddziałują na sygnały nerwowe.

Co to oznacza dla konsumenta?

Jeśli chloropiryfos pojawia się jako pozostałość w żywności lub napoju – tak jak w przypadku niektórych herbatek rozgrzewających – oznacza to, że w procesie uprawy surowców użyto tej substancji lub że surowce te miały kontakt z nią w glebie czy wodzie. Co ważne z punktu widzenia konsumentów, chloropiryfos, obecny w żywności nawet w niewielkich ilościach, może kumulować się przy regularnym spożyciu przez dłuższy czas. Szczególną ostrożność należy zachować w przypadku dzieci i osób wrażliwych. Te grupy mogą reagować na chloropiryfos bardziej niż pozostali.

TAK TESTOWALIŚMY
 
Laboratorium Zakład Badania Bezpieczeństwa Żywności Instytutu Ogrodnictwa – Państwowego Instytutu Badawczego w Skierniewicach przebadało akredytowanymi metodami badawczymi na zlecenie Fundacji Pro-Test dziewięć próbek herbatek rozgrzewających. W herbatkach laboratorium oznaczyło zawartość pozostałości 517 pestycydów. Produkty do testu zostały zakupione w styczniu 2026 r.

Zapewne zainteresuje cię też test rumianku, w którym wykryliśmy pestycydy nawet w leku.