…czyli jak zrobić mały remont
Wiosna rozpoczyna sezon budowlano-remontowy, który przypomina bieg z przeszkodami na orientację. Wymaga bowiem refleksu, opanowania, woli walki i wytrwałości.
…czyli jak zrobić mały remont
Wiosna rozpoczyna sezon budowlano-remontowy, który przypomina bieg z przeszkodami na orientację. Wymaga bowiem refleksu, opanowania, woli walki i wytrwałości.
Nie tylko rozpieszcza nozdrza… Przywołuje również wspomnienia, przyjemnie nastraja, likwiduje dolegliwości, a nawet nakłania do kupna.
Mieszko I i jego chrobry syn Bolesław stali na czele organizacji państwa słowiańskiego na tyle silnego, że potrafiło skutecznie powstrzymać pierwszą falę Drang nach Osten wschodnich Franków. Choć potężne, nie było to państwo powszechnej szczęśliwości. Władcy słowiańscy przez tysiąclecia masowo sprzedawali niewolników – współplemieńców, czego lingwistyczną pamiątką są obecne nazwy Słowian – Sclavi, Slavs, w odpowiednich językach mające w łacinie korzeń bliski słowom oznaczającym niewolników…
Slow Food to organizacja, której głównym celem jest „ochrona prawa do smaku”. Ruch ten powstał w 1986 r. we Włoszech i od początku jego działalność skupiała się głównie na wspieraniu regionalnych produktów, żywności oryginalnej, produkowanej w sposób niespotykany w innych miejscach świata.
Sercem afgańskiego miasta jest bazar – hałaśliwy, ruchliwy, pełen kolorowych straganów, warsztatów rzemieślniczych, herbaciarni, z których rozbrzmiewa muzyka, a w powietrzu unosi się zapach orientalnych przypraw. Kupcy wychwalają głośno swój towar. Sklepiki po brzegi są wypełnione dywanami, biżuterią, materiałami, amforami i innymi wyrobami artystycznymi…
Kolczyki w sutkach, a nawet w łechtaczce lub penisie? Wierna kopia portretu Mona Lisy na plecach? To dla profesjonalnego studia tatuażu i piercingu bułka z masłem.
Mimo że wchodząc do Europy powinniśmy się wstydzić wielu rzeczy, jak choćby stanu dróg, to poziom oferowanych w owych studiach usług nie odbiega od europejskich standardów.
Wszystko na ciele
Boom na ozdabianie ciała artystycznymi tatuażami rozpoczął się w Polsce na początku lat 90. i trwa do dzisiaj. Wcześniej na przedramionach i torsach naszych rodaków pojawiały się tatuaże w postaci serc przebitych strzałą, kotwic i tym podobnych „dzieł”, którym bliżej było do więziennej celi, niż do artystycznej estetyki. O ile więc posiadacz rozmytej kotwicy na przedramionach zakrywa ją dzisiaj wstydliwie naciągając rękawy, to jego współczesny odpowiednik z dumą prezentuje smoki, drapieżne ptaki, portrety rockowych idoli i aktorów, kwiaty, delfinki, skorpiony, symbole celtyckie i egipskie, zdjęcie żony, świadectwo maturalne, kod kreskowy, a nawet reprodukcje obrazów Beksińskiego, Rubensa czy Breughla.
Wytatuować można dosłownie wszystko, co podsunie nam wyobraźnia. A jeśli ta nas zawiedzie, to w odwecie czekają katalogi z tysiącami gotowych wzorów. – Trudno mówić o modzie na określony wzór, najbardziej popularne są jednak od wielu lat tribale, nieokreślone bliżej wzory przypominające celtyckie i egipskie motywy, wypełnione czernią – twierdzi Wiesław Cisowski od 10 lat prowadzący studio tatuażu.
W ostatnich latach wzrósł też procent tatuujących się pań. O ile jednak męski tatuaż spełnia w większości rolę manifestacyjno-prowokacyjną, o tyle kobiety nadają mu charakter głównie dekoracyjny. Wybierają tatuaże niewielkie, w dyskretnych miejscach jak łopatka, pośladki, a nawet łono.
Rozwojowi tatuażu na pewno pomaga masowa kultura, której idole tacy jak Pamela Anderson czy Bon Jovi prezentują swoje tatuaże w kolorowych magazynach i filmach. Nasze rodzime gwiazdy show biznesu nadążają za światowymi trendami. Polscy kinomani mogli dokładnie przyjrzeć się konikowi morskiemu na ramieniu Bogusława Lindy w „Sarze”, a fani rocka podziwiają nie tylko głos, ale i misterny rysunek na skórze Agnieszki Chylińskiej. Wszystko to przyczyniło się do zwiększenia społecznej akceptacji tatuażu i zmiany jego „gitowsko-więziennego” charakteru na zjawisko uznawane za bardzo trendy.
Bezpieczne czy nie?
Zdaniem Wiesława Cisowskiego, mimo że w dziedzinie tatuażu jesteśmy już w Europie, to jednak w piercingu w tej Europie nie będziemy jeszcze długo. Czyżby potencjalnych amatorów wbijania w swoje ciało kolczyków odstraszały obawy natury zdrowotnej? Trudno w to uwierzyć, jeśli weźmie się pod uwagę sterylne warunki pracy zarówno podczas tatuowania, jak i kolczykowania: jednorazowe narzędzia, sterylność i comiesięczne kontrole Sanepidu, które w połączeniu z gumowymi rękawiczkami na dłoniach pracowników, nasuwają na myśl salę chirurgiczną. Do zabiegów używa się najwyższej jakości materiałów. – Używam angielskich kolczyków ze stali tytanowej, implantowej lub chirurgicznej. Wszystkie mają międzynarodowe atesty (Polska jeszcze takich atestów nie wydaje – przyp. red.). Kolczyki rodzimej produkcji są co prawda tańsze, ale zawierają za duże ilości niklu i innych związków chemicznych powodujących podrażnienia – zaznacza Wiesław Cisowski, od sześciu lat właściciel kolczyka w języku. Jednak lekarze dermatolodzy są w tej kwestii nieprzejednani: – Nie pozwoliłabym swoim dzieciom ani na wykonanie tatuażu, ani piercingu – twierdzi stanowczo Marzena Ciszkiewicz-Wawak, dermatolog. – Zarówno tusz, jak i kolczyki to ciało obce. W swojej praktyce lekarskiej niejednokrotnie miałam do czynienia z ropiejącymi stanami zapalnymi miejsc, które próbowano w ten sposób przyozdobić – dodaje.
Polemizując z taką opinią Wiesław Cisowski twierdzi, że stany zapalne to efekt zaniedbań samych klientów. – W naszym salonie każdy dostaje ulotkę informującą, jak do takiego stanu nie dopuścić. Jeden z naszych klientów dopiero przy czwartym tatuażu nauczył się o niego dbać.
Wciąż szokujące?
Czy jednak opinia lekarzy dermatologów jest jedyną przyczyną naszej niechęci do odwiedzin w salonach tatuażu? Przecież lekarze od lat trąbią o szkodliwości palenia, siedzącego trybu życia i innych zjawisk, których jednak nie wyeliminowaliśmy z naszego życia. – W naszej kulturze jest mocno zakorzeniony stereotyp tatuażu więziennego. Cyngwajs, czyli wytatuowana pod okiem kropka, tak jak wytatuowane na ramionach stopnie wojskowe, świadczyły o przynależności do zakazanej, więziennej subkultury – tłumaczy socjolog Mateusz Koniński. – Z kolei kolczyki w miejscach innych niż uszy kojarzą się w naszym społeczeństwie z potomkami markiza de Sade, czyli amatorami sadomasochistycznego seksu. Jeśli dodamy tutaj awersję estetyczną, którą budzą często ludzie ozdabiający w ten sposób swoje ciała, to otrzymamy mieszankę hamującą, wbrew światowej modzie, rozwój tego, co zachodni świat już praktycznie zaakceptował – dodaje Mateusz Koniński.
– Społeczeństwo nie jest u nas jeszcze gotowe na przyjęcie ze spokojem na przykład nauczyciela z kolczykiem w twarzy lub tatuażem – stwierdza Wiesław Cisowski. – Żyjemy stereotypami, oceniamy ludzi głównie za wygląd, nie interesujemy się tym, co mają wewnątrz. A przecież, jeśli przekłuwam dziewczynie sutki, to nie oznacza to, że jest ona sadomasochistyczną nimfomanką – dodaje. Mimo wszystko tatuaż lub kolczyk w nietypowym miejscu pozostaje swoistym „piętnem”, ponieważ wiele osób postrzega go jako znamię człowieka pozostającego poza normą, podążającego złą drogą. – W przyozdabianiu ciała tkwi psychiczna potrzeba wyróżnienia się, czasami czysto estetyczna, bo obrazek jest ładny, lub też symboliczna. Ta druga wiąże dany wzór z jakimś wydarzeniem z życia tatuowanego lub określa jakąś cechę jego osobowości, na przykład pitbul na ramieniu ma świadczyć o wojowniczym charakterze – tłumaczy psycholog Aleksandra Weiss. Socjolog Mateusz Koniński uzupełnia tę teorię o stwierdzenie, że osoby tatuujące się lub wbijające sobie kolczyki w różne części ciała uznają taką ozdobę za prymitywną, pierwotną, a przez to pozostającą w opozycji do poglądów „porządnych obywateli”. Dla nich tatuaż pozostaje swoistą prowokacją, a nawet oznaką buntu przeciwko „społeczeństwu hipokrytów” i współczesnej, masowej cywilizacji. Paradoksem więc może wydać się fakt, że w ostatnich latach specyficzne ozdabianie ciała swój rozwój zawdzięcza właśnie popkulturze, a w szczególności muzyce rockowej. Taka próba wyróżnienia się z tłumu, zaistnienia jako charakterystyczna jednostka w momencie tak dużego upowszechnienia się tatuażu i piercingu, wydaje się nielogiczna. – Jeśli każdy będzie posiadał tatuaż, to wyróżniać się będą ci, którzy tego tatuażu mieć nie będą – mówi Aleksandra Weiss. W naszym kraju do takiej sytuacji chyba jednak szybko nie dojdzie. Chociaż trzeba stwierdzić, że mimo kontrowersji wokół przyozdabiania ciała tatuażami, jest to dziedzina, której nie musimy się wstydzić w Europie. Co zaś do kolczyków, to choć daleko nam w tej kwestii do Anglii, i tak jesteśmy znacznie bliżej Europy niż nasze rolnictwo, które z problemem kolczykowania zwierząt nie umie sobie poradzić już od wielu lat…
Historia tatuażu
Chociaż pierwsze ślady tatuażu na ludzkiej skórze pochodzą z mumii egipskiej kapłanki z 2 tys. lat p.n.e., a wcześni chrześcijanie jako znak rozpoznawczy tatuowali sobie na piersiach znak krzyża lub ryby, to swój rozwój zawdzięcza on morskim wyprawom w XVII w. W tedy to angielski żeglarz James Cook przywiózł z wyprawy wytatuowanego mieszkańca Tahiti i słowo „tatau” oznaczające w tamtym języku „malowidło”. W 1890 r. wynaleziono elektryczną maszynkę do tatuażu, co wpłynęło na jego szybki rozwój. I chociaż w swojej historii ma on tak niechlubne momenty jak tatuowanie na przedramionach więźniom obozów koncentracyjnych numeru identyfikacyjnego, to rewolucja dzieci kwiatów, a następnie punk rock przyczyniły się do jego współczesnego rozkwitu. Punk rock to również renesans związanego z tatuażem piercingu, czyli ozdabiania ciała kolczykami.
Ile to kosztuje?
Koszt tatuażu zależy głównie od jego wielkości i stopnia trudności wykonania. Najczęściej robi się tatuaże w cenie około 150 zł – tyle zapłacimy za wzór wielkości pudełka od zapałek. Na tatuaż 10 x 10 cm wydamy od 300 zł.
Zabieg piercingu to koszt co najmniej 100 zł, łącznie z kolczykiem. Cena może wzrosnąć i do 250 zł, jeśli zdecydujemy się na umieszczenie kolczyka w wargach sromowych.
Na co uważać?
Dermatolodzy i tatuażyści zgadzają się w dwóch kwestiach:
Znani z tatuażem
Przemysław Saleta, bokser:
Wzór, który wykonałem ostatnio jest już szósty. Pierwszy powstał latem 1997 r. wszystkie poprzednie zostały zrobione w studiu w Gdyni. Teraz aż boję się tam jeździć, by znów nie kusić losu (śmiech). Dwa z moich rysunków to symbole szczęścia i niezniszczalności. Niektórzy, gdy chcą coś zmienić, kupują sobie nowy garnitur, a ja robię kolejny tatuaż.
Agnieszka Chylińska, wokalistka zespołu O.N.A.:
Pierwszy rysunek na skórze zrobiłam, gdy skończyłam 18 lat. Był to wilk na prawym ramieniu. To taki kadr z mojego życia. Chodziło o mężczyznę. Chciałam zaznaczyć na swojej skórze obecność kogoś w moim życiu. Ostatni – to data urodzenia, na brzuchu. Ludzie powinni w końcu zrozumieć, że osoba z tatuażem to niekoniecznie zbir czy marynarz, tylko ktoś z kroplą fantazji.
Grzegorz Skawiński, gitarzysta:
Dlaczego robię tatuaże? To wciąga. Tatuaż to pewnego rodzaju filozofia. To więź, która łączy ludzi pewnej natury, sfery czy wręcz rodziny. Pewnego rodzaju wyróżnik, symbol wolności, niezależności, nie tylko intelektualnej, ale i artystycznej. Tatuaż to wyzwolenie z konwenansu, mogę robić ze swoim ciałem wszystko, co zechcę. Poza tym skóra przyozdobiona rysunkami jest o wiele bardziej atrakcyjna dla kobiet.
Adam Wolski, wokalista zespołu Golden Life:
Tatuaż zrobiliśmy sobie z moją żoną na szczęście jako upamiętnienie ślubu – identyczne wzory na ramieniu. To był prezent ślubny od Liroya.
Anja Orthodox, wokalistka zespołu Closterkeller:
Mój pierwszy tatuaż to była mała linia na lewym ramieniu. Po wyjściu albumu Scarlet na drugim ręku, zaraz nad łokciem, pojawił się rysunek aniołka z okładki płyty. Uwielbiam tatuaże. Gdy zrobisz jeden wzór, chciałabyś więcej i więcej. Tatuaż był dla mnie zawsze podkreśleniem niezależności. To bardzo rock’n’rollowa ozdoba.
Liroy, raper:
Kiedyś zarzekałem się, że nigdy nie pozwolę tknąć własnej skóry żadnymi igłami. W 1991 r. pojechałem do Francji i tam zobaczyłem na kimś prawdziwe dzieło sztuki. Wzięło mnie. Po powrocie poleciałem do studia po pierwszy tatuaż. Zaraz zresztą nabrałem ochoty na następne.
Jedna z najpoczytniejszych pisarek ostatnich lat, autorka powieści, opowiadań oraz sztuk teatralnych i telewizyjnych. Na podstawie jej powieści „Nigdy w życiu!” powstał film z Danutą Stenką w roli głównej, a niedawno w księgarniach pojawiła się trzecia część cyklu „Żaby i anioły” bijącego rekordy sprzedaży – powieść „Ja wam pokażę!”.
Świat Konsumenta: Czy lubisz robić zakupy?
Katarzyna Grochola: Nie lubię, nie robię i nie chodzę do sklepów. Nie ubieram się. A jedzenie kupuję u siebie w sklepiku. Gdy przychodzę do Galerii Mokotów lub Carrefoura, to jestem chora i od razu boli mnie brzuch. Uważam, że hipermarkety to diabelski wynalazek.
ŚK: To w jaki sposób kupujesz dla siebie ubrania?
KG: Nie kupuję. Ubrania albo dostaję albo… właśnie wpada do mnie przyjaciółka, która ma dla mnie świetną spódnicę, ponieważ kupiła sobie za dużą. Czasem gdy wyjeżdżam za granicę, to sobie coś wypatrzę.
ŚK: A jednak! Kupujesz ubrania, czyli robisz zakupy, tyle że za granicą?
KG: Nie, nigdzie nie robię zakupów. Gdy przypadkiem wypatrzę, że wisi jakaś hinduska spódnica czy bluzka, to po prostu kupuję.
ŚK: Czyli nie robisz zakupów w zagranicznych sieciach czy hipermarketach, tylko raczej na bazarach…
KG: Też nie. Generalnie nie chodzę tam, gdzie można kupować. Po prostu jak na przykład w drodze do świątyni hinduskiej widzę, że nieopodal stoi hindus i ma hinduskie spódnice, to łaskawie rzucę na nie okiem.
ŚK: A więc robisz zakupy pod wpływem impulsu?
KG: Nie, ja nie robię zakupów! Uważam, że robić zakupy, to iść z zamiarem kupowania czegoś. A ja tego nie robię. Jeśli chodzi o papierosy i chleb, to kupuję je „po drodze”. Szkoda mi na to czasu i szkoda mi na to życia…
ŚK: A produkty spożywcze?
KG: Kupuję u siebie w małych sklepikach. Wolę mieć kontakt ze sprzedawcą, który mi pokazuje na przykład trzy plastry wołowego mięsa, z których mogę sobie jeden wybrać. Nie lubię kupować tam, gdzie wszystko jest zafoliowane i natarte środkiem konserwującym. Kiedyś pracowałam w sklepie i wiem, co się robi, żeby takie mięsko ładnie wyglądało.
ŚK: No a co z kosmetykami?
KG: Nie używam kosmetyków. Perfumy kupuję na lotnisku. Kremów nie używam, bo uważam, ze jestem jeszcze młoda. A poza tym z kremami mam taki problem, że od czasu do czasu dostaję od mojej rodziny jakiś ekskluzywny krem, bo to już czas w moim wieku… I wtedy moja skóra zaczyna zachowywać się fatalnie. To znaczy zaczyna się domagać coraz więcej tego kremu, zaczyna być sucha. A wcześniej nie była sucha. Więc uważam, że w tych kremach są środki, które mają moją skórę pobudzać i przyzwyczajać. W związku z tym nie będę ich używać. Będę się starzeć z godnością.
ŚK: A jaki rodzaj kuchni lubisz?
KG: Moją własną kuchnię, z moim własnym pomysłem. Prywatną kuchnię Kasi Grocholi. Gotuję to, co mi wpadnie pod rękę. Gotuję bardzo dobrze. Głównie wymyślam potrawy, prawdopodobnie z lenistwa, żeby nie zaglądać do książki kucharskiej. Podejrzewam, że moją kuchnię zerżnęły od mnie wszystkie lokale. Na przykład: na pół kilo szpinaku, pół kilo żółtego sera, do tego dwa ząbki czosnku i dobra tłusta śmietana. A jak wrzuci się jeszcze ze 30 dkg polędwicy, to już w ogóle jest wysoki poziom.
ŚK: Co sądzisz na temat reklam? Czy mają one jakiś wpływ na Ciebie?
KG: Ostatnio przeczytałam bardzo poważny tekst bardzo znanych psychologów. Twierdzą oni, że reklamy mają wpływ nawet na te osoby, które się nimi zajmują od strony absolutnie profesjonalnej i wiedzą, jak reklamy oddziałują na umysł odbiorców. Poznanie mechanizmów nie przeszkadza w przyjmowaniu tychże mechanizmów. A ja właśnie nie kupuję, żeby nie popaść w taki kanał. Moje koleżanki niedzielę zaczynają od wizyty w Ikei. I siedzą tam sześć, siedem godzin, potem obiadek i kawka i dalsze przyglądanie się rzeczom. Natomiast co do mnie, jeśli chodzi o zakupy, to do jednej rzeczy się przyznam…
ŚK: A jednak…
KG: …Jeżeli przechodzę w Brzesku koło księgarni i wisi w niej na ścianie rysunek Żyda (i jest to stary oleodruk, upstrzony przez muchy i nic niewarty, służy tylko wnętrzu), to wchodzę i targuję się o ten obraz. Często bywa, że w małych miasteczkach wchodzę do sklepu i to, co chcę kupić, jest elementem wystroju, a nie rzeczą do sprzedania. Na przykład jakieś jelonki, które są tylko po to, aby zakryć grzejnik. Bardzo lubię też gliniane dzbany. Zawsze jakiś wypatrzę na „targach w Pcimiu Dolnym”, chociaż będzie to już mój 68. I jak kosztuje 7,50, to zawsze się targuję, żeby urwać, nawet 2 zł.
ŚK: Czyli krótko mówiąc Twoje zakupy to po prostu okazje?
KG: Nie, to nawet nie to. Ja nie lubię drogich rzeczy. Nie chcę się martwić tym, że mam na ścianie Rubensa. Mogę spać spokojnie, gdy wisi tam upstrzony przez muchy, nic niewart obrazek, a który jednocześnie świetnie wygląda, bo akurat idealnie pasuje kolorystycznie do mojej starej firanki po babci.
ŚK: To co w takim razie przywozisz ze swoich zagranicznych wojaży?
KG: Słynę z tego, że przywożę kamienie, absolutnie nie szlachetne. Kamienie, które leżą nad brzegiem morza… Szczytem była moja walizka ważąca 94 kg przywieziona z Cypru. Gdy celniczka zobaczyła, że trzy osoby ładują tę walizkę na wagę, zapytała, co tam mam. A ja prawie zemdlałam, bo każdy kilogram nadbagażu to chyba około 20 dolarów. Mówię, że kamienie. Gdy zajrzała do środka, uśmiechnęła się szeroko i machnęła ręką. Nie zapłaciłam ani grosza. Wszyscy moi znajomi, kiedy do mnie przychodzą, rozglądają się zawsze, jaki mi nowy kamień w ogrodzie przybył albo jaki starty turecki dywanik przywiozłam (który wcale nie był na sprzedaż, a służył do wycierania nóg). Ja jestem właśnie taka kupowaczka.
ŚK: Kupujesz więc rzeczy, o których nikt by nie pomyślał, że są do sprzedania. Czyli jednak coś kupujesz i coś lubisz kupować.
KG: Właśnie tak. Robię zakupy przy okazji. Nawet rajstopy jak mi się podrą w samochodzie, to po prostu zatrzymuję się przy sklepie i od razu kupuję cztery pary, żeby mieć z głowy.
ŚK: Co sądzisz o zakupach przez internet?
KG: Nic nie sadzę, bo u mnie nie działa internet.
Ideał mężczyzny
Mój facet to jest ideał
Wolny czas
Piszę dla przyjemności – kiedy oddam już skończoną książkę, to wtedy piszę dla przyjemności.
Ulubione przedmioty
Zdecydowanie kamienie, kamienie i jeszcze raz kamienie. Szczególnie jeden z Rodos – jak się go zmoczy, ma tysiące kolorów: czerwień, żółć, zieleń, czerń. A niby jest zwyczajny okrągły i wypłukany przez morze.
Jedni określają go mianem raju, inni widzą głównie podziały wynikające z grecko-tureckich niedomówień. Na pewno jednak warto zobaczyć Cypr na własne oczy – to jeden z ładniejszych zakątków Europy, na dodatek łączący w sobie różne kultury.
Jeszcze 10 lat temu liczba bankomatów w Polsce była dość znikoma, dziś jest ich ponad 6 tys. Co więcej wraz z przyrostem ich „populacji” rośnie także liczba oferowanych przez nie funkcji. Banki wprowadzają bowiem w swych maszynach coraz więcej opcji pozwalających klientom składać za ich pośrednictwem polecenia przelewów a nawet doładowywać telefony komórkowe.
Jest to temat, który budzi wiele kontrowersji, bowiem często w hotelach witają nas wywieszki informujące, za co hotel nie odpowiada – dobrze, że za coś czuje się odpowiedzialny!