0,00 zł

Brak produktów w koszyku.

Strona główna Blog Strona 227

Brazylia o wielu obliczach

0

Tak zróżnicowane społeczeństwo, jak brazylijskie trudno znaleźć gdziekolwiek na świecie – od niepoznanych dotąt Amazonii po nowoczesnych biznesmenów z wielkich aglomeracji. Do tego mieszanka narodowości i ras. I kraj, w którym różnice poziomu życia mieszkańców są większe, niż gdziekolwiek indziej.

Rewolucja w stylu pop

0

Do polski przebojem wdarła się nowa moda. Moda na niby bunt, na niby oryginalność, niby rewolucjonizm. Koncerny odzieżowe, muzyczne, telefonia komórkowa, a przez to rynek reklam znalazły nowy sposób, by zarabiać na młodych konsumentach. Stworzyły sobie nowy chłonny „niby niekomercyjny” rynek.

Po ulicach polskich miast spacerują młodzi, modni rewolucjoniści z wizytówką Che Guevary na piersiach niosący światu wiadomość: Oto ja! Jestem inny, jestem buntownikiem, niosę wam dar swojej indywidualności! Wtórują im pseudo punkowcy obnoszący się ze swą kontestacją systemu, manifestowaną poprzez irokeza a’la Beckham, podwójny t-shirt z logiem anarchii czy wizerunkiem Lenina, a także panienki ubrane w modne wyjęte żywcem z lat 80., buty na kaczym obcasie, spodnie rurki i niby punkową przymałą wyćwiekowaną skórę. Och! Jakie one są oryginalne, a w dodatku modne.

Szpiedzy są wśród nas

Amerykańskie i angielskie koncerny z branży rozrywkowej i odzieżowej szpiegują młodzież, aby dowiedzieć się jak najwięcej o jej preferencjach i zainteresowaniach. Tajni agenci pytają na ulicach i podglądają młodych ludzi w dyskotekach. W końcu wywęszyli, a rozwiązanie leżało niemal na ulicy i było znane od lat. To, czego młodzież chce, to bunt! Młodzi ludzie chcą mieć poczucie swej oryginalności i niezależności. Pozostało jedynie pytanie: jak to sprzedać? Odpowiedź okazała się równie prosta, jak stworzenie nowej kategorii konsumentów.

I oto niedawno wybuchła moda inspirowana punkowym nonkonformizmem i buntem lat 70., a w ostatnim czasie wdarła się z sukcesem na polski rynek odzieżowy karykaturalna ale niezwykle oryginalna moda z lat 80.

Od kilku lat można zauważyć w na ulicach młodzież ubierającą się „niby byle jak”, a zza kołnierzy wystają metki z marką najbardziej topowych projektantów mody. Także rynek reklamy doskonale przystosował się do buntowniczych nastrojów klienta, odkrywając ogromny potencjał marketingowy w buntowniczej konwencji muzyki rockowej i całej otoczki tego zjawiska kulturowego.

Kim, u diabła jest Che?

Producenci „sprzedający bunt” sprawnie operują popkulturowymi ikonami. Najprostszym przykładem tego, jak można wykorzystać symbol buntu, jest postać niejakiego rewolucjonisty Che Geuevary, który padł ofiarą własnego wizerunku, a właściwie jednego zdjęcia. Jeszcze kilka lat temu postać Che kojarzyła się jednoznacznie. Był on symbolem walki z kapitalizmem i pieniądzem, wodzem rewolucji socjalistycznej na Kubie. Ten rewolucjonista stał się przed laty „Matką Boską” antyglobalistów, punkowców i anarchistów. Dziś mimo że cały świat posługuje się jego „marką”, niewielu ludzi pamięta, kim Che właściwie był i o co walczył. Che to marketing, reklama, handel i turystyka, to pieniądz, czyli najbardziej pogardzany, przez Che czynnik funkcjonowania świata. Guevara, który nie wiedział, co to urlopy i wakacje, teraz przyciąga turystów zaproszonych przez władze kubańskie do pójścia „szlakiem Che”. Che, który za życia nie przywiązywał żadnej wagi do stroju i mody (nosił zawsze taki sam mundur wojskowy), teraz pomaga swym wizerunkiem sprzedawać dżinsy, t-shirty, zegarki Swatcha, a nawet austriackie narty (choć w życiu ich nie założył ). Nikt nie postarał się o obronę jego nazwiska, leżącego na sklepowych półkach, gdzieś między salsą a rumbą – nawet, kiedy w Anglii zaczęto sprzedaż piwa Che, choć on nigdy alkoholu do ust nie brał.

 Na Che wystylizowała się Madonna na okładce swej najnowszej płyty, wyśpiewując swe popowo-rewolucyjne piosenki krytykujące amerykański styl życia. To się przecież sprzedaje, bunt jest cool. Bardzo konsekwentnie od lat buntują się też Marlin Manson i Eminem, a w Polsce postpunkowy zespół Cool Kids Of Death. Oj! Oni to dopiero się sprzedają.

Na naszym rynku reklamowym rewelacyjnie wizerunek Che wykorzystała jedna z sieci komórkowych robiąc w sieci „pop rewolucję”. Na ulicach polskich miast królują koszulki i bluzy z wizerunkiem niegdysiejszego bohatera rewolucji. Zapytana na ulicy dziewczyna nosząca portret Che na piersiach, czy wie, kto to jest? Odpowiada, że nie jest pewna, ale to chyba ktoś sławny, a w dodatku cholernie przystojny… Wódz rewolucji zapewne przewraca się w grobie słysząc takie odpowiedzi. Na 10 osób, które zapytano, kim jest ten facet, którego zdjęcie noszą na ubraniu, pięć odpowiedziało prawidłowo. W większości byli to jednak ludzie związani z undergroundem. Dla pozostałych ta noszona na piersiach ikonka niewiele znaczyła. Pojawiały się odpowiedzi, że to muzyk, aktor itp.

Ciekawe jest to, że ten asceta i męczennik, który poświęcił swe życie dla idei, stał się idolem pokolenia najmniej idealistycznego i najbardziej hedonistycznego w naszym wieku.

Jestem lesbijką, jestem gejem, jestem modny

Wchodząc na stronę internetową proponującą szeroki asortyment mody młodzieżowej, pod hasłem „ideologiczne” napotkamy obok siebie Che Guevarę, Lenina, znaczek anarchii, wzory feministyczne i hasła walki z homofobią. To nie jest tylko domena niszowych sklepów internetowych w ogromnych centrach handlowych znajdziemy bluzeczki z podobnymi symbolami. Aby „być feministką”, wystarczy dziś wydrukować na ubraniu odpowiednią deklarację lub rysunek. Bo teraz trendy jest bojująca feministka, wychodzący z podziemia gej czy tak powszechna w naszym społeczeństwie nostalgia za komunizmem.

Inny przykład wzięty prosto z warszawskiej ulicy to akcja reklamowa nawiązująca do słynnej Pomarańczowej Alternatywy, która w specyficzny sposób kontestowała poprzedni ustrój. Dziś hasło „Pomarańczowa Alternatywa”, a także plakaty utrzymane w tej charakterystycznej kolorystyce reklamują sieć billboardów.

Można by się jeszcze zastanawiać, czy to wszystko sprzedaje się tak dobrze, bo ma jakieś symboliczne znaczenie czy jest już tylko modą. Czy kupujący rozumie, czy po prostu podąża ślepo za trendami? Odpowiedź jest niestety smutna. Według psychologów rynku, tylko kilka procent klientów kupuje świadomie, pozostali w mniejszym lub większym stopniu pozostają pod wpływem reklamy.

Porockujemy, to zarobimy

Jak wynika z ostatnich badań przeprowadzonych wśród 30 tys. respondentów z Danii, Francji, Hiszpanii, Niemiec, Norwegii, Wielkiej Brytanii i Włoch przez kanał telewizyjny Music Choice, to właśnie muzyka rockowa, niegdyś kojarzona z buntem, jest teraz najbardziej popularna. Dziś jednym z najbardziej efektywnych nośników reklamy są teledyski, ubrane w spontaniczność i bezinteresowność występujących w nich muzyków. Dzięki nim naiwny młody słuchacz jest w stanie uwierzyć w najwyższą jakość buntu głoszonego przez idola i jednocześnie będzie chciał mieć taki sam, jak jego ulubieniec telefon, zegarek, koszulkę czy spodnie, aby być chociaż trochę do niego podobnym.

Stacje muzyczne proponują nam upopowione i wyzute z ideologii niby alternatywne produkcje muzyczne, gdzie zbuntowani i wściekli chłopcy w longsleeve’ach (koszulki z długim rękawem) i t-shirtach z Che Guevarą śpiewają swe pop-punkowe piosenki, sprzedając miliony płyt. Kiedyś były to boys bandy dziś tym samym pięknym chłopcom wciśnięto w ręce gitary i kazano skakać po scenie, sugestywnie cierpieć i krzyczeć o tym, że ona już nie kocha i dalej to tylko śmierć! Wytatuowani, ubrani niedbale w odzież jak z second handu, z potarganymi fryzurami – niby to takie niedbałe, ale wszystko obliczone w pracowniach badań rynku i opieczętowane metkami najdroższych firm.

Na topie są bojówki zarezerwowane niegdyś tylko dla wojskowych, a później z ze względu na wytrzymałość i praktyczność przejęte przez subkultury młodzieżowe. Szczyt popularności przeżywają tatuaże. Przed studiami tzw. body artu, szczególnie w lecie, ustawiają się kolejki. Tatuaże, które kiedyś były domeną podkultur przestępczej i marynarskiej, dziś są czymś normalnym i modnym. Dziewczyny tatuują sobie okolice kości krzyżowej, pośladki czy ramiona, by wyglądać seksownie. Mężczyźni tatuują się, bo chcą być bardziej męscy, egzotyczni lub po to, by się wyróżniać z tłumu.

Nie tylko rock i jego atrybuty (tatuaże, specyficzny niedbały ubiór) straciły swoje pierwotne znaczenie. Zgubił je także uliczny hip-hop, który w obecnie jest publiczny i komercyjny. I nie trzeba sięgać po przykłady do USA, wystarczy spojrzeć na własne podwórko: scena hip-hopowa dzieli się na jedną, znaną z podejścia intelektualnego i ideologicznego do swej twórczości i tą drugą komercyjną, która w miałkie i głupie teksty o marihuanie, suczkach (dziewczynach) oraz ciężkim losie blokowej młodzieży, wplata dziewczęce chórki i prymitywne sample. Nie trzeba tu wspominać mody na ubrania związane z tym gatunkiem muzycznym. Nic nie pozostało z rewolucyjnych idei, które miał nieść zbuntowany przeciwko rzeczywistości i systemowi hip-hop.

Tapiry i kasiaste wampiry

Innym symbolem umiejętnego kreowania sztucznego popytu jest powrót do łask trendów z lat 80. Co prawda ciągle w modzie jest styl posthipisowski, nawiązania do disco czy nawet retro, jednak to, co wydarzyło się w latach 80. było czymś wyjątkowym. Moda tamtych czasów to karykatura wcześniejszych wydarzeń kultury masowej, czyli fali punka, kontestacji i buntu, błyszczącego pełnego elektroniki disco oraz mody lat 50. i 60. zmiksowanych z nowofalowymi trendami obejmującymi komputery, elektronikę i cały ten industrialno-elektroniczny szum.

Wraca plastik, jaskrawe kolory połączone z czarnymi przyciasnymi skórzanymi kurtkami, kolorowymi tapirami i mnóstwem ozdóbek i świecących, wyćwiekowanych dodatków. Wracają wysokie buty na kaczym obcasie, różowe lub pasiaste getry i skarpetki, krótkie spódniczki, spodnie rurki, trapezowate bluzki (kto nie pamięta, jak to wyglądało, niech przypomni sobie Madonnę z lat 80. i czasów utworu „Like a prayer”). A wszystko to w cenach idących w setki złotych. No cóż, jeśli chcesz być oryginalny, to płać. Symbolem naszych czasów stał się gust kreowany przez koncerny, potrafiący zaakceptować i wypromować karykaturę.

Bezwzględni wojownicy reklamy

Reklama i media też uszczknęły swoją część tortu z mody na bunt. W Polsce najlepiej jak do tej pory bunt w swych reklamówkach wykorzystały sieci telefonii komórkowej. Jedna z nich za pomocą wizerunku Che Guevary wywołała wspomnianą już „pop rewolucję”, stylizując babcię-aktorkę na parodię wizerunku wodza rewolucji – sprzedało się świetnie. Producenci telefonów komórkowych i samochodów wykorzystują wizerunek młodego buntownika, indywidualisty, aby sprzedać młodzieży produkt, który, mimo że jest masowy, będzie dawał poczucie wyjątkowości i indywidualności (nie masz charakteru, dopóki nie masz odlotowego aparatu czy auta).

Agencjom reklamowym udało się także sprawnie wykorzystać potencjał rock’and’rolla. Ściana dźwięku przyciąga uwagę młodego widza, a dramaturgia brzmienia gitary potrafi w reklamówce budować napięcie równie dobrze, jak muzyka poważna. Od niedawna w jednej z telewizyjnych reklam możemy usłyszeć przebój kultowego punkowego zespołu, The Clash. Z ekranu pada pytająca fraza „Should I stay or should I go?”. Młodzi mężczyźni buntując się, rzucają wszystko – domowe obowiązki, pracę, delegację i pędzą do pubu na piwo.

Rację miał Oliviero Toscani (ten od słynnych reklam Benettona) mówiąc: „Reklama nie sprzedaje produktu ani idei, lecz zafałszowany i hipnotyzujący model szczęścia”. I tak młodzieży obiecuje oryginalność, niezależność, bunt, który tak naprawdę jest tylko złudzeniem. Wydaje się więc, że pytanie wyśpiewane przez grupę The Clash to pytanie fundamentalne, które musi zadać sobie młody konsument oglądający kolejne reklamy lub idący na zakupy do supermarketu. „Powinienem zostać czy powinienem iść?” A może inaczej: Powinienem to kupić czy nie? Czy ten produkt jest mi potrzebny czy…? Czy jest wart tego, by go kupić czy…? Czy rzeczywiście dzięki niemu będę lepszy, mądrzejszy, bardziej indywidualny czy NIE!?

Prof. dr hab. Aldona Jawłowska, kierownik Zakładu Teorii Kultury, Instytutu Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk w Warszawie:

Faktem jest, że kultura masowa zawłaszcza sobie niektóre z elementów kultury alternatywnej. Wchłania przede wszystkim te symbole i idee, które są charakterystyczne i dobrze rozpoznawalne. Tak stało się w przypadku buntu, który został zaanektowany przez kulturę popularną i sprzedaje się, ponieważ jest dla młodzieży towarem bardzo atrakcyjnym. Młodzi ludzie zawsze dążyli do budowania swej własnej indywidualnej tożsamości, która podkreśliłaby ich odmienność.

Wbrew pozorom w obecnych czasach buntować się nie jest łatwo, kultura masowa potrafi kanalizować rewolucyjne nastroje młodzieży, na przykład przez sterowanie młodym klientem w tzw. „miękkich rękawiczkach”. Obecnie jedynymi, którzy buntują się w sposób prawdziwy i wydawałoby się szczery, są ludzie należący do ruchów antyglobalistycznych, które bardzo mocny nacisk kładą na spójność między deklarowanymi wartościami a prezentowanymi zachowaniami.

W przypadku tzw. „ikon pop-kultury”, które tak często wykorzystywane są w reklamie, to po prostu czysta gra marketingowa. Producenci operują „grą skojarzeń”, potencjalny klient zna pewien symbol, kojarzy go, mimo że do końca go nie rozumie. Ludzie lubią przecież to, co już kiedyś widzieli lub słyszeli, nie muszą tego rozumieć.

Chłopcy z pracy dłoni – złodzieje z hipermarketu

0

Są zmorą ochroniarzy. Nie są zakałą szkoły. Nie mają uczciwego sposobu na zarobek. Mają wielkie poważanie na osiedlu. Złodzieje z hipermarketów przestają być traktowani jak margines.

W Lublinie była impreza. Najnowszy polski festyn – otwarcie hipermarketu. Wielka hala, promocje promocji, gra Ich Troje, ksiądz pokropił. Wreszcie fala ludzi głodnych okazji zalewa kolejne sektory.

„Często kody zabezpieczające dają się zdejmować. Chowam fant do koszyka i idę w jakieś słabo kontrolowane miejsce. I tam manipuluję.”

Marcin pójdzie na kosmetyki, Łukasz obejrzy buty, Wojtek z Krystianem pokręcą się po dziale RTV. Taki złodziejski zwiad na łownych terenach. Inny Marcin, jako początkujący, obsłuży sektor ze spożywczymi drobiazgami. Na lepsze fanty jest jeszcze za krótki. – Ale się wyrobi. Najważniejsze, że ma wczuwkę. Nie drepcze przy półce z rozbieganymi oczami. – mówi Wojtek. Niepozorny jak na szefa grupki okradającej sklepy.

Łyżeczką po półkach

Spotykam się z nim w osiedlowej kawiarence. Ot, kolejny nastolatek, którego trudno odciągnąć od komputera. Zaspane oczy, resztki trądziku, sączy piwo ze skwaszoną twarzą. Beznamiętnie tłumaczy: – Źle, jak zaczniesz myśleć, że ktoś cię obserwuje. Z upatrzonym fantem nie możesz jak pies z jeżem. Owszem wcześniej obczajam dyskretnie teren. Ale jak już się zdecyduję, to działam niby z marszu. Taki mus. Jak zacznę się wahać, od razu się to rzuci w oczy. Trzęsionego czuć na kilometr.

Ochroniarz z E.Leclerca: – Każdy kradnący łepek wyróżnia się. Tak jak ściągający na klasówce. Z łatwością ich wyłapujemy. Tylko czasem giną jakieś drobiazgi, głównie spożywcze. Trzymamy rękę na pulsie.

– Powiedz, który tak pyszczy. Chłopaki na jego zmianie wyniosą fanty za kilkaset złotych – odgraża się Wojtek.

„Raz rozebrałem wiertarkę na części i kawałek po kawałku wyniosłem. Zajęło mi to pół godziny.”

Na otwarciu bazaru, jak nazywają złodzieje hipermarket, niby łatwo coś ukraść. Pełno ludzi, zieloni jeszcze ochroniarze – to dobry grunt pod „wędkę”. – Spokojnie, musimy najpierw przeorać, zbadać teren. Trzeba się dowiedzieć, gdzie są kamery. Sprowokować ochronę.
– Po co?
Zirytowany moim frajerstwem Wojtek tłumaczy: – Muszę wiedzieć, po jakim lodzie stąpam. Trzeba wysłać „na rybkę” jakiegoś nowego. Ma kraść ale tak, żeby go złapali. Łazi spięty, kaptur na głowie. Drapie się po łbie. Rozgląda się. Bierze jakiś drobiazg. Rozgląda się. Za chwilę go mają. Ochroniarze przybiegają, wiesz, tacy dumni, w pięciu. Każdy z mordą, jeden drugiego chce przekrzyczeć. I teraz bywa różnie: W jednym markecie dzwonią po policję, w drugim kopną w d… i wypuszczą, w trzecim zechcą 50 zł „tytułem opłaty manipulacyjnej” – opowiada złodziej. – Ale kilku za „wędkę” już zdrowo oberwało. Ziomka zaciągnęli do kanciapy. A że wyszczekany, to wyszedł posiniaczony i ze skruszonym zębem – wspomina. – Trudno ochronie coś udowodnić. I jeszcze czasem mogą szantażować kasetą z nagraną twoją kradzieżą – dodaje.

Delikwent wysłany „na rybkę” i złapany, może się wiele dowiedzieć. Zapamięta twarze wielu ochroniarzy, to ważne bo czasem robią za tajniaków. Przytargają go do pokoju dla ochrony. Już wie, czy mają kamery. Jeśli tak, to będzie znał ich umiejscowienie na hali. Wyniucha, czy goryl to facet po kursach czy zwykły kark, co najpierw przyłoży, a później pyta.

Agnieszka Pawlak, oficer prasowy Komendy Miejskiej Policji w Lublinie:
Nie posiadamy dokładnych danych liczbowych akurat o kradzieżach z dużych sklepów, ponieważ nie są one notowane jako odrębne wykroczenia czy przestępstwa. Czy sprawcy są w określonym wieku? Wbrew powszechnym sądom nie tylko nastolatkowie czy dzieciaki parają się tym procederem. Łapane były również osoby po trzydziestce, czasem kradli i emeryci. Nie wszyscy przywłaszczają sobie towary ze względu na chęć zysku, bywa, że kradną z głodu. Ostatnio na gorącym uczynku przyłapana została uboga kobieta w wieku ponad 70 lat – próbowała bez zapłaty wynieść kawał surowego mięsa. Kara dla złodzieja zależy od wartości towaru. Jeżeli cena nie przekracza 250 zł, to kradzież jest traktowana jako wykroczenie. Powyżej tej kwoty oskarża się o przestępstwo. W obu wypadkach zawiadamiającym sąd musi być właściciel sklepu. Ostatnio częste są spekulacje na temat uprawnień ochrony w marketach. Zapewniam, że tylko policja i straż miejska mają prawo do przeszukania podejrzanej osoby.

Isolda de Saint-Paul, rzecznik prasowy sieci Real:
Największym zainteresowaniem wśród złodziei cieszą się słodycze, kosmetyki, alkohole, nośniki audio-video, gry, zabawki, narzędzia, odzież i żywność. Czasem są próby kradzieży drobnego sprzętu RTV, na przykład discmanów. Muszę przyznać, że pomysłowość złodziei jest naprawdę ogromna. Często stosowaną metodą kradzieży jest chowanie towaru pod ubranie lub wkładanie go na siebie. Zdarza się, że ktoś upchnie sobie skradziony towar w majtkach. Popularne jest również przepakowywanie jednego artykułu do opakowania innego – oczywiście tańszego lub chowanie drobnych, ale wartościowych przedmiotów do dużych opakowań z innymi produktami. Dość rozpowszechnione jest także przeklejanie etykiet z cenami lub usuwanie z towaru zabezpieczeń. Niektórzy podejmują przy kasie próby przepchnięcia opakowania z towarem po podłodze. Sprawcy są praktycznie w każdym wieku – od siedmioletnich dzieci po siedemdziesięcioletnich staruszków. Nie każdy jest przekazywany przez nas policji. Wszystko zależy od sytuacji: od rodzaju i wartości skradzionego towaru, od tego, czy złodziej został przyłapany przez naszą ochronę po raz pierwszy czy któryś z rzędu, czy wykazuje skruchę i chęć polubownego załatwienia sprawy czy awanturuje się. Nasza ochrona nie może przeszukiwać zatrzymanych osób; albo zatrzymany sam okaże zawartość torby czy kieszeni, albo jest wzywana policja, która ma stosowne uprawnienia.

– Nie strach o policję, kolegium?
– Człowieku! Dalej nie jarzysz? „Na rybkę” nie zwijasz jakiegoś aparatu. Pyrasz, niech będzie, czekoladę. Za to nie wezwą piesków z komisariatu – Wojtek tłumaczy z politowaniem. Sam jednak jest już wielokrotnie notowany przez policję. – Mam u nich gustowne fotki. Cud, że do szkoły to nie doszło – wpadał za droższe towary. – Ostatnio złapali mnie za kradzież aparatu. Jednego dnia wyniosłem cztery sztuki. Wpadłem przy piątym. Łatwość z jaką mi szło i chytrość mnie zgubiły. Teraz mam zasadę: brać łyżeczką, nie chochlą – zaznacza mentorskim tonem.

Elementarz wędkowania

A rodzinę ma taką zwykłą. Wydawałoby się, że niemal jak z elementarza. Ojciec urzędnik w skarbówce, matka uczy matematyki w gimnazjum, starsza siostra kończy studia i wiedzie prym jako przedstawiciel handlowy.
– Nie w smak ci iść w ich ślady? – pytam.
– Kto mówi, że nie. Teraz kończę technikum. Później zarządzanie na polibudzie. Doświadczenie już mam. Nie chwaląc się, to ja organizuję wędkę – śmieje się.

Wojtek z szajką stoją przed hipermarketem. Wyglądają na grupkę nastolatków lubiących hip-hop i jazdę na deskorolce. Żadne zdegenerowane towarzystwo. Ponoć nie mają nawet większych problemów w szkole. Dowcipkują trochę na siłę – takie pompowanie luzu. – Nie oszukuję sam siebie. Stres jest. Lepiej to przyznać niż rżnąć twardziela – twierdzi Wojtek.

Ubrani są zazwyczaj w luźne ciuchy. Łatwiej w nie upakować fanty. – Choć dla ściemy dobry jest jakiś bejowski wygląd – mówi Wojtek. Prymus w okularach, garnitur i walizeczka w ręku, człapiący między półkami długowłosy z szalikiem wokół szyi – to typowy bej. – No, zwykły frajer – tłumaczy.

„Kiedyś po browarze głód nas ssał. Z marketu wyszliśmy z kieszeniami pełnymi orzeszków ziemnych. Teraz obsługa zmądrzała i zatrudnili ekspedientkę, która je porcjuje.”

Jednak metoda „na ściemę” z wyglądem nie jest już dobra. Ochroniarze nikomu nie ufają. – Interesujące, że schwytaliśmy już kilka kobiet, nawet emerytek – słyszę od ochrony w lubelskim Realu. Podobnie mówią w E.Leclercu: – Sprawcy nie zawsze pochodzą z marginesu. Mało tego, menelstwa jest mniej. Wiek kradnących też jest różny. Łapiemy osoby od pięciu do 85 lat.

Taktyka złodziejaszków zależy od rodzaju sklepu. – Łatwiejsze są konglomeraty typu „mydło i powidło”. Gorzej z wyspecjalizowanymi RTV albo budowlanymi – mówi Wojtek. Na samą akcję nigdy nie idą w więcej niż dwóch. Chociaż bywa, że specjalnie dla zwrócenia uwagi w pięciu oblegają jakieś stoisko. Wtedy ktoś inny z szajki ma większą swobodę w słabiej obserwowanej części sklepu.

Tak czy inaczej najważniejsza jest technika. Kradną niemal wszystko, co mogą na sobie upchać. Wojtek idzie na przykład do stoiska muzycznego. Wiele płyt daje się otworzyć – wystarczy tylko sam dysk schować do kieszeni. Odwiedza półki z alkoholami, szczególnie tymi droższymi. Łatwiej je ukraść, bo butelki nie mają kodów zabezpieczających. Łatwiej też sprzedać – kto z kumpli na osiedlu nie kupi wódki za 30% sklepowej ceny. Zagląda na dział techniczny. Tu już trzeba więcej sprytu. – Mam ziomka, chyba najlepszego w naszym fachu, ten to kamerę potrafi ukraść. Szacunek – kwituje nie bez zazdrości Wojtek. Opowiada też o jakimś zapalonym sportowcu, który wyniósł ciężarki w sumie ważące pięć kilo.

Marka rabusia

– Nie boisz się ochrony?
Wojtek macha lekceważąco ręką. – Bardziej mnie stresują kamery. Tajniaków zazwyczaj rozpoznaję z daleka. Nie obchodzą ich towary, najczęściej noszą albo pusty koszyk albo mają jeden drobiazg w środku.

Nawet jeśli go złapią to zwykle ma puste kieszenie. Najczęściej zaraz po wędce przekazuje łup jednemu z kolegów. – Ochrona z pompą ciągnie mnie przez halę do kanciapy. Nic nie znajdują. Najwyżej trochę bluzgów zbieram.

Mówi też, że ochrona czasem bierze łapówki. – Byli tacy, z którymi się działkowaliśmy. Dostawał stówę za słaby wzrok.

„Jak to często bywa, otworzyłem paczkę cukierków i kilka zjadłem. Resztę słodyczy z otworzonego opakowania zabrali zwykli klienci – pewnie myśleli, że to promocja.”

A co ze sprzedażą fantów? – Moja marka mówi za siebie. Często pracuję na zamówienie. Sprzedaję za około 25% ceny. Czasem za miesiąc wyciągnę 1,5 tys. zł. Ale na konto nie odkładam – wyznaje Wojtek. Złodzieje nie oszczędzają. Żyją chwilą. – Mam gest. Imprezy osiedlowe z wódką, pizzą, trawką… – nie ukrywa Wojtek. To właśnie wędka pozwoliła mu być kimś na osiedlu. Zna teraz wszystkich ważniejszych zakapiorów. To swoista polisa ubezpieczeniowa. Zazdroszczą mu i młodsi i starsi. Podziwiają koleżanki. Bryluje na towarzyskich spędach pod klatkami.

Jednak złoty okres kończy się Wojtkowi. – Chcę się czegoś normalnego zacząć uczyć. Zresztą mam ponad 19 lat, a pełnoletni podpada pod cięższy paragraf. Może jeszcze pojadę na akcje gdzieś do Niemiec. Może zajmę się paserką. A może zostanę zwykłym bejem?

Zakupy z przeszkodami

0

Czy zakupy mogą nieść ze sobą jakieś niespodzianki? Okazuje się, że mogą. I to niespodzianki niekoniecznie miłe.

Ostatnia wizyta w sklepie przyniosła nam aż trzy niemiłe niespodzianki. W dodatku nasze zaufanie – czyli zaufanie konsumentów, które dla producenta jest, a przynajmniej powinno być, wartością nadrzędną – zawiodły firmy duże i znane, po których podobnych wpadek mało kto by się spodziewał.

Niespodzianka pierwsza: gorzki smak słodkiej chwili

Na regale sięgającym sufitu hipermarketu ogromny wybór budyniów i kisieli: z kolorowych opakowań kuszą soczyste owoce, smakowicie przelewająca się czekolada i inne apetyczne dodatki. Wybieramy kisiel Słodka Chwila Dr. Oetkera: na opakowaniu rysunek dorodnych, czerwonych poziomek, nad nim napis: „smak poziomkowy, kisiel z kawałkami owoców”.

Jakie owoce znajdują się w kisielu o smaku wiśniowym? Wiśnie. Jakie owoce są w kisielu o smaku truskawkowym? Truskawki. Jakie owoce są w kisielu o smaku owoców leśnych? Oczywiście owoce leśne. A jakie owoce znajdują się w kisielu o smaku poziomkowym? Taką zagadkę zadaliśmy przedstawicielowi agencji Spin Communications obsługującej firmę Dr. Oetker. – No, na pewno poziomki – odpowiada. Ale… nie ma racji – w kisielu są truskawki.

Swoją odpowiedzią przedstawiciel agencji potwierdził jednak to, co odkryliśmy po dokonaniu zakupu – że opakowanie kisielu wprowadza konsumenta w błąd. Konsument kupując kisiel z kawałkami owoców o smaku poziomkowym ma prawo spodziewać się, że te kawałki owoców będą kawałkami poziomek. Tymczasem w składzie próżno ich szukać. Do kisielu jest dodawana truskawka suszona. – Jest to zgodne z prawem, ponieważ na opakowaniu nie ma informacji, że to jest kisiel poziomkowy, tylko że to jest smak poziomkowy – tłumaczy nasz rozmówca po zasięgnięciu informacji od Dr. Oetkera. Na opakowaniu jest przecież napisane: „z kawałkami owoców”. – Ale nie jest napisane, jakich owoców. W języku angielskim na przykład truskawka i poziomka to jest to samo: „strawberry” – argumentuje przedstawiciel agencji. Tyle że na opakowaniu nie ma nic w języku angielskim. Czyżby nasz rozmówca stawiał tezę, jakoby nie istniały dwa odrębne owoce: truskawka i poziomka?

Nie dając za wygraną i nie dając odebrać sobie istnienia poziomek, porównujemy dwa opakowania kisieli Dr. Oetkera: truskawkowy i poziomkowy. Na jednym na łyżeczce widać kawałki truskawek, a na drugim – na szczęście – są poziomki. – Ja nie zauważam tu na łyżeczce, żeby to była akurat poziomka – upiera się przedstawiciel agencji…

Co konsumentom kisielu Słodka Chwila, którzy czują się wprowadzeni w błąd, odpowiada Piotr Bobrycki, Dyrektor Marketingu Dr. Oetkera?

W naszej ocenie informacje zawarte na opakowaniu wyrobu Słodka Chwila o smaku poziomkowym są jasne, zrozumiałe i nie wprowadzają w błąd konsumentów. (…) Powyższe stanowisko uzasadnia analiza informacji podanych na opakowaniu, a mianowicie: „Smak poziomkowy” – w tego rodzaju wyrobach (koncentratach) smak uzyskuje się przez dodanie odpowiedniego aromatu. Nasz produkt ma określony przez producenta smak – zgodnie z informacją na opakowaniu – poziomkowy. „Z kawałkami owoców” – ta informacja nie określa, o jakie owoce chodzi. Pełny skład produktu został podany na drugiej stronie opakowania w sposób czytelny i nie budzący wątpliwości. Ponadto szata graficzna opakowania, przedstawiająca owoce poziomek, jest ilustracją smaku produktu – zgodnie ze stanem faktycznym, a zatem nie wprowadza w błąd konsumentów.

Mimo że taka argumentacja jest mało przekonująca, kisiel i tak nam smakuje.

Niespodzianka druga: długowieczny serek

Spośród dodatków do chleba w koszyku ląduje serek kanapkowy Hochland z ogórkiem i koperkiem. Tym razem problemem nie jest brak w serku warzyw widocznych na opakowaniu. Serek nie ma podanej daty ważności. – Producent nie ma żadnej korzyści z wprowadzenia na rynek nieokodowanego wyrobu, jest wręcz prawnie do tego zobowiązany. W związku z tym produkt znakowany jest trwałym nadrukiem. Nadruk ten prawdopodobnie można usunąć, przy założeniu umyślnego działania nieuczciwego handlowca, przy użyciu detergentu lub rozpuszczalnika – tłumaczy Jacek Wyrzykiewicz, Kierownik PR i marketingu Sprzedaży w Hochlandzie. – W firmie Hochland nie ma mowy o jakimkolwiek niedopatrzeniu, zgodnie z obowiązującymi procedurami, po rozruchu i nastawieniu poprawnej daty na drukarce oraz w trakcie produkcji – co 20 minut kontrolowana jest poprawność nadruku na kubeczkach serka Hochland Kanapkowy – dodaje przedstawiciel firmy i radzi konsumentom reklamować w sklepie serek kupiony bez daty ważności lub przysłanie go do producenta, który wyjaśni sprawę.

Niespodzianka trzecia: spodnie bez paska

W sklepie odzieżowym Scotch & Soda wiszą spodnie z paskiem, a przy nich metka z ceną: 99 zł. Konsumentowi spodnie się spodobały, więc je przymierza. Pasują idealnie, są ładne, w dodatku mają fajny pasek. Konsument podejmuje decyzję i postanawia je kupić. Co się okazuje przy kasie? Konsument musi do 99 zł dopłacić jeszcze 59 zł. – Za pasek – informuje sprzedawca.

Czy taka sytuacja, w której konsument został wprowadzony w błąd co do ceny produktu, jest dopuszczalna? Zdaniem prawnika Federacji Konsumentów – nie, gdyż jest sprzeczna z ustawą o cenach. Ustawa ta mówi, że towar powinien być oznaczony ceną i nie może ona zmienić się przy kasie. – Jeżeli na spodniach była jedna cena i nie było drugiej na pasku, to zgodnie z przepisami, cena ta dotyczy i spodni i paska razem – tłumaczy Dariusz Łomowski z biura prasowego Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. – Nie liczy się informacja z kodu kreskowego czy jakiekolwiek inne oznaczenia, tylko cena podana na metce. A sprzedawca ma obowiązek uwidocznić cenę tak, by nie budziła ona wątpliwości – dodaje Dariusz Łomowski.

– Sytuacja taka nie powinna mieć w ogóle miejsca. Klient miał prawo zasugerować się, że promocja obejmuje spodnie z paskiem w jednej cenie – przyznaje Tomasz Korbik, Dyrektor Pionu Sprzedaży Scotch & Soda. – Sprzedawca powinien przeprosić klienta i ewentualnie dać ten pasek, a samemu ponieść konsekwencje finansowe złej ekspozycji towaru – dodaje.

Co więc konsument może zrobić? Może liczyć na znajomość prawa przez sprzedawcę i na otrzymanie wybranych spodni i paska za podaną na metce cenę. Bo błąd, jaki sprzedawca popełnił w oznakowaniu towaru, może się przecież zdarzyć każdemu. Ważniejsze jest, jak sprzedawca go naprawi. Niestety, w opisanym przypadku konsument wyszedł ze sklepu z niczym. I zapewne już do niego nie powróci. – Konsument ma też możliwość złożenia skargi do Inspekcji Handlowej, która może przeprowadzić kontrolę w sklepie – doradza prawnik Federacji Konsumentów.

Perwersyjne zakupy – zakupy z Tomaszem Raczkiem

0

Kim jest Tomasz Raczek? – Wydawcą książek, dziennikarzem piszącym o filmach, rozmawiającym z ludźmi kultury, robiącym wywiady, no i felietonistą; mam umysł felietonisty, czyli takiego człowieka, który ciągle komentuje to, co widzi – tak mówi o sobie. A co mówi o innych, co mu się w Polsce podoba, a co nie?

Sekrety alkowy – sypialniane zwyczaje

Polacy to największe śpiochy, najmniej zadowoleni ze swojej sypialni są Azjaci, a Islandczycy i Szwedzi najczęściej uprawiają miłość właśnie w tym pokoju – tak wynika z badania przeprowadzonego w 27 państwach przez szwajcarski instytut Isopublic na zlecenie Ikea.

(Nie)czysta gra – oszustwa w sporcie

Kiedyś ten, kto chciał być odważny i silny jak lew, musiał zjeść jego serce. Od początku ludzkości szukano metod i środków, które dałyby przewagę nad przeciwnikiem. 100 lat temu zaczęto stosować kofeinę i kokainę. Z czasem lista środków dopingujących wydłużała się. Dziś niestety sportowcy wierzą w „cudowną” moc chemii. Dowiodły tego kolejne igrzyska olimpijskie – w Atenach.

Kolorowa nauka – gadżety szkolne

0

Dźwięk dzwonka, gęsia skórka przed klasówką, odchudzone zakupem podręczników portfele rodziców – wraz z nowym rokiem szkolnym wszystko znów się zaczyna. Zaczynają się też zakupy szkolnych gadżetów. Co roku ich wybór jest większy. Czym są one dla ucznia: niezbędnikiem czy kaprysem, na który rodzice wyrzucają pieniądze?

Rozmowa skontrolowana – telefoniczne zwyczaje

20% Polaków podczas rozmowy telefonicznej podszywało się pod inną osobę. Ponad 60% Niemców przestaje słuchać rozmówców, odsuwając słuchawkę od ucha. Co dziesiąty Szwed przyznaje się do prowadzenia rozmów telefonicznych w trakcie uprawiania seksu.