0,00 zł

Brak produktów w koszyku.

Samochodem przez Europę

Opublikowano:

spot_img

Grecja od lat jest ulubionym celem wakacyjnych podróży. Nic dziwnego, błękitu jej morza nie dorówna żadne inne miejsce w Europie, a starożytne budowle można spotkać tu na każdym kroku. W tym roku grecki kryzys finansowy odstraszył jednak wielu turystów. Czy słusznie?

Niedziela, początek sierpnia, wyjeżdżam z Warszawy. Na GPS-ie cel: Githio. Dlaczego akurat tam? To portowe miasteczko uchodzi za najpiękniejsze na Półwyspie Peloponeskim i jedno z najładniejszych w Grecji.

Samochodem przez Europę


Aby dotrzeć do Grecji, muszę przejechać niemal całą Europę wzdłuż. Prawie 2700 km przez pięć krajów: Najpierw w Cieszynie przekraczam granicę z Czechami. Potem Słowacja, Węgry, Serbia, Macedonia i wreszcie Grecja. Ponieważ na granicy węgiersko-serbskiej w wakacyjne weekendy, za sprawą Turków wracających z Europy Zachodniej, głównie z Niemiec, można czekać nawet po kilkanaście godzin, robię około 55 km więcej, żeby dotrzeć do puściutkiej granicy koło miejscowości Tompa.

Teraz przede mną cała noc jazdy przez Serbię. Rano zatrzymuję się na śniadanie w przydrożnej, dużej restauracji, przypominającej nieco przybytek dla wyższych sfer czasów socjalizmu. Lecz, jak się okazuje, restauracja jest bardzo przyjemna, a śniadanie w gorący poranek na jej tarasie smakuje wyśmienicie. W dodatku ma śmiesznie niskie ceny.


W poniedziałek o 11.30 jestem nareszcie w Macedonii. Za mną 1700 km. W Czechach i na Słowacji za autostrady płaci się w postaci kupowanej przy granicy winiety. W Serbii są bramki, w których uiszczałem opłaty, ale dopiero płacenie za przejazd przez Macedonię stanowi nie lada wyzwanie. Wygodne jest to, że przyjmują opłaty w euro. Ale jaki jest przelicznik i ile dokładnie trzeba zapłacić, tego nie wiadomo. Na pierwszej bramce żądają 3 euro, więc nic nie podejrzewając – wszak nadal jestem w cywilizowanej Europie – płacę. Kiedy jednak na następnej bramce wręczam poborcy opłat 1 euro, okazuje się, że tyle właśnie wynosi cena za przejazd. A zatem opłata 50 dinarów, o której informują tabliczki przy bramkach, to równowartość 1 euro. Przynajmniej według tutejszego przelicznika. Najważniejsze, że teraz już wiedziałem: niezależnie od tego, jakiej kwoty zażądają (a rzadko żądają tylko euro), 1 euro wystarczy. Spróbowałem – tak na wszelki wypadek – także z 50 centami, ale to już nie przeszło.


Droga przez Macedonię wiedzie przez malownicze góry, raz zarośnięte gęstymi lasami, innym razem pokryte wysuszonymi skałami, na których mało co może wyrosnąć, przecina wspaniałe przełęcze i wciąż powraca do koryta, miejscami całkowicie wyschniętej o tej porze roku, rzeki. Te widoki pozwalają szybko zapomnieć o nieuczciwych poborcach opłat.

Przed granicą z Grecją jeszcze tylko raz robię postój – na stacji benzynowej. Okazuje się, że tańszego paliwa nie ma chyba w całej Europie. Litr ropy kosztuje jedyne 95 centów. Mimo dość, delikatnie mówiąc,
mało europejskich zwyczajów na bramkach, gdzie pobierane są opłaty za drogi, tej stacji niczego zarzucić nie można. Nawet kartą kredytową płacę bez żadnych przeszkód, a to nie zawsze udaje się nawet na stacjach benzynowych w Grecji.

Grecja

Im bardziej na południe, tym upał staje się większy. Kiedy wjeżdżam do Grecji na termometrze już 36 kresek, a na niebie próżno szukać choćby jednej chmurki. Jak się wkrótce okaże, chmur nie zobaczę przez najbliższy tydzień.


Do celu zostało jeszcze 788 km, ale już tutaj powietrze inaczej pachnie. Greckie powietrze, od północy do południa kraju, ma specyficzny zapach, inny niż gdzie indziej. W tym gęstym, upalnym powietrzu rozbrzmiewa, także głośniejszy niż gdziekolwiek indziej, nieustanny hałas cykad.

Wciąż jadę jedną i tą samą drogą od Warszawy – E75. E 75 zaczyna się jako nasza słynna gierkowska katowicka. Któż przypuszcza, że biegnie ona do samych Aten? Do greckiej stolicy dojeżdżam późnym wieczorem. Nawigacja pozwala mi wjechać do centrum miasta i krótko odpocząć od monotonnej autostrady u stóp Akropolu, w urokliwej uliczce najstarszej ateńskiej dzielnicy – Plaka. Wjechanie do Aten samochodem najprawdopodobniej skończy się dla osoby nie znającej miasta wielogodzinnym błądzeniem. Sytuację uratuje GPS. Mój działał wprawdzie powoli, ale bez zarzutu (mapę Grecji dokupiłem specjalnie na ten wyjazd). Na drogowskazy, które miałyby wyprowadzić nas z Aten we właściwym kierunku, nie ma bowiem co liczyć – Ateny są fatalnie oznakowane. W dodatku to wielkie miasto, w którym mieszka prawie połowa wszystkich Greków (ok. 4-5 mln).


Po wyjeździe z Aten szybko docieram do Peloponezu. Ten półwysep ze stałym lądem łączy tylko wąski przesmyk, który przecina słynny Kanał Koryncki. Wziął on swoją nazwę od pobliskiego miasta – Koryntu. Warto zwiedzić tutejsze ruiny starożytnego miasta. Zachowało się tu nawet miejsce, z którego święty Paweł przemawiał do Koryntian (wstęp: 6 euro).

Grubo po północy dojeżdżam do Sparty. To dobra pora na spacer po tym mieście, bo ono tętni życiem w nocy, zamiera zaś w dzień, kiedy słupek rtęci na termometrze osiąga swoje szczyty – 40ºC i więcej to tutaj latem nie rzadkość. Za to nocą przyjemnie się ochładza – do dwudziestu kilku stopni. I nie panuje duchota taka, jak w wielu innych tutejszych miastach, które nie mają tyle szczęścia i nie leżą wśród górskich
szczytów. Góry Tajget, choć niedostępne, przynajmniej nocą dają zbawienie w postaci chłodnych powiewów rześkiego, górskiego powietrza. To ich surowość sprawiła, że mówimy o „spartańskich warunkach”. A i Lakonia, kraina, w której się znajduję, zawdzięcza im uwiecznienie w powiedzeniu „lakoniczna mowa” – pokonując górskie ścieżki w upalne dni, trudno o nadmierną gadatliwość.

Przez góry Tajget wiedzie droga do Kalamaty. Warto się w nią wybrać, ale nie ze względu na cel (sama Kalmata, choć słynie z oliwek, nie jest ciekawym miastem), lecz z uwagi na piękne widoki, kiedy pokonujemy dziesiątki, jeśli nie setki zakrętów na wijących się tu serpentynach.

Co w Sparcie można robić po północy? Na przykład zasiąść przy jednym ze stolików (o ile znajdzie się jeszcze wolne miejsce) w gwarnej uliczce dochodzącej do rynku i w rytmach dyskotekowej muzyki wysączyć zimnego drinka. O tej porze na rynku nie było już dzieci, lecz jeszcze niedawno, po zmroku, rozpoczęły swoje zabawy, jak każdego dnia, a do domów rozeszły się dopiero przed chwilą.


W dzień zaś polecam wejść na Mistrę – bizantyjskie opuszczone miasto, w którym zachowały się liczne kościoły z freskami na ścianach oraz ulice i domy. Mistra leży tuz koło Sparty, a wstęp za bramy miasta kosztuje 5 euro.

Githio

Ze Sparty do Githio już bliziutko – niecała godzina drogi. Tuż za miasteczkiem jest duży kemping położony nad samym morzem, w gaju oliwnym. Nazywa się Meltemi. Tutaj się zatrzymuję. Prawdę mówiąc jestem wykończony – jechałem dwa dni i przebyłem 2700 km.


Nazajutrz mogę odpocząć po długiej drodze. I to się nazywa prawdziwy odpoczynek: Mam do wyboru plażę, która znajduje się kilka kroków od namiotu, basen, gdzie cień palm daje przyjemny chłód i hamak zawieszony między drzewami, z widokiem na morze i góry. Wybieram wszystkie możliwości po kolei.

Obiad jem w Githio, w jednej z tawern malowniczo położonych tuż nad brzegiem morza. W przezroczystej wodzie pływają ławice ryb, które może spotkać ten sam los, co mojego dania. Zamawiam talerz ryb, na którym
znajduję wszystko, co najsmaczniejsze w greckich morzach: oprócz małych, smażonych rybek, ośmiorniczki, kalmary, krewetki, a do tego smażone na oliwie z oliwek plastry cukinii i bakłażana oraz ziemniaków – cała esencja greckiej kuchni. Za taki talerz ryb dla dwóch osób trzeba tu zapłacić 15 euro. W porównaniu z zeszłym sezonem cena wzrosła o 50%. Właścicielka restauracji z niesmakiem opowiada o kryzysie i narzeka na brak klientów w tym sezonie. To kryzys zmusił ją do podwyżki cen.


Wyższe ceny w restauracji to nie pierwsza oznaka kryzysu, z jaką spotykam się odkąd przekroczyłem grecką granicę. Najbardziej odczuwalne okazały się wysokie ceny paliwa. Za litr benzyny trzeba płacić około 1,70 euro, a za litr ropy – od 1,20 do 1,56. Tymczasem jeszcze niedawno tankowanie w Grecji było tańsze niż w większości innych europejskich krajów. Podróżowanie po Grecji podrożało z jeszcze innego powodu. Otóż przybyło bramek poboru opłat na autostradach. Co prawda w każdej z nich nie płaci się więcej niż 2 do 2,80 euro, a więc niedużo, ale dawniej bramki zatrzymywały podróżującego znacznie rzadziej. Nie dość, że bramek jest teraz więcej, to wiele razy mijałem kolejne, dopiero w budowie.


Jeśli chodzi o żywność, to wyraźnie droższe niż u nas są przede wszystkim wędliny (zresztą dużego wyboru wędlin Grecy nie mają – w większości sklepów za ladą zalegają niezbyt apetycznie wyglądające mielonki) oraz mleko (np. 1,45 euro/litr). No ale nie to jada się przecież w Grecji. Ten kraj jest rajem dla amatorów warzyw i owoców. Kilogram pomarańczy można kupić już za 17 centów, pomidory średnio za euro. W dodatku co to za warzywa i owoce! Niemalże zerwane prosto z krzaka lub drzewa, które rośnie tu nieopodal. Dopiero tutaj można przypomnieć, sobie jaki jest prawdziwy smak pomarańczy, jaki jest aromat pomidorów. Te kupowane w supermarkecie to w porównaniu z nimi plastikowe imitacje.


Będąc w Grecji nie sposób odmówić sobie też spróbowania prawdziwego gęstego greckiego jogurtu (2,50-3,50 euro/litr) i fety (4,50 euro/1 kg), która występuje tu w niezliczonych odmianach, a smakuje też całkiem inaczej niż kupowana w Polsce feta paczkowana.

Grecy na każdym kroku narzekają na kryzys. Tyle że poza narzekaniem niewiele robią, by zatrzymać u siebie zagranicznych turystów. Sklepy i liczne inne przybytki, z których turyści mogliby korzystać przez cały
dzień, są zamykane tuż po południu (sjesta to tutaj świętość), a otwiera się je dopiero około 17.00, ale już tylko na dwie, trzy godziny. „Pracuj mniej” – to napis na koszulce mijającego mnie Greka. On idealnie oddaje tutejsze podejście do pracy. Cóż, z drugiej strony musimy zdawać sobie sprawę, że wystarczy pobyć chwilę w czterdziestostopniowym upale, by wszystkie siły i chęci do pracy opadły…

Peloponez


Githio to nie tylko urokliwy port, ale i dobre miejsce wypadowe do robienia wycieczek w inne ciekawe miejsca na Peloponezie. Zaczynam od Monemwazji. Na pierwszy rzut oka wygląda na nieciekawe – wyludnione miasteczko. Ale kiedy przejdziemy przez wąską groblę i podążymy w stronę ogromnej skały wyłaniającej się z morza, naszym oczom ukaże się gród o kilkunastu wiekach historii. Na wysokiej skale zbudowano domy i poprowadzono ulice. Dzięki temu, że Monemwazja była tak dobrze ukryta, z łatwością odpierała ataki wrogów.


Monemwazja leży na najbardziej wschodnim z trzech paluchów, którymi zakończony jest Peloponez. Githio znajduje się zaś u wrót środkowego z nich. Jeśli udać się z Githio na południe dotrzemy do… końca Europy. Tutaj, na Półwyspie Mani znajduje się najbardziej na południe wysunięta część europejskiego lądu. Zawsze zastanawiałem się, jak wygląda koniec Europy. Okazało się, że Europa jest zakończona szutrową drogą z rondem na końcu. Za nim jest jeszcze kaplica mitycznego Posejdona. Wycieczki na ten kraniec naszego kontynentu nie powinniśmy sobie odmawiać. W przeciwnym wypadku nie ujrzymy pięknych krajobrazów i morza, które sprawia wrażenie, jakby za wszelką cenę chciało wedrzeć się między wysokie skały. Charakterystyczne dla Półwyspu Mani są wieże mieszkalne. Przed piekącym słońcem chronią w takich domach grube mury, z niewieloma małymi okienkami.


W drodze na Mani wstępuję do jaskiń Pirgos Dirou, po których można odbyć niesamowity rejs łodzią podziemną rzeką wśród wielkich skał wyrzeźbionych przez wieki. Taki rejs kosztuje mnie 12 euro.

Postanawiam odwiedzić także nadmorski kurort Nafplion w północnej części Peloponezu. W jego porcie cumują drogie jachty. Zanim jednak rozpocznę spacer malowniczymi uliczkami tego miasta, które uchodzi za jedno z najładniejszych w Grecji, zatrzymuję się w Epidauros. Tutaj można podziwiać architektoniczny kunszt starożytnych Greków – ogromny amfiteatr (wstęp: 6 euro). Niedaleko stąd, w Mykenach, zwiedzam natomiast grób Agamemnona. Mykeny robią wrażenie i warto tam pojechać. Za wstęp zapłacimy 9 euro.

Włochy


Tydzień w Grecji minął szybko. Czas wracać. Tym razem wybieram drogę promem, przez Włochy. Dlaczego? By uniknąć monotonii powrotu. Bilet na prom z Patry do włoskiego Bari kosztuje 38,60 euro. Za samochód płacę 45 euro. Na prom wsiadam we wtorek o 17.30. W Bari jestem następnego dnia o 10.00 rano. Mogłem popłynąć bezpośrednio do Wenecji, skąd w jeden dzień wróciłbym już do Polski, ale to przecież jeszcze nie koniec podróży. Po drodze mam zamiar zobaczyć parę ciekawych miejsce we Włoszech. Kieruję się więc do Pompejów na przeciwległym wybrzeżu włoskiego buta.


Po Włoszech nie warto podróżować autostradami, o ile jakoś szczególnie się nam nie spieszy. Po pierwsze autostrady są drogie, po drugie – niewiele z nich zobaczymy. A wrażenia z miasteczek, przez które przejeżdżamy, i przysmaki, którymi można się w nich raczyć podczas postojów (np. kanapką z mięsem z głowy świniaka albo tutejszą specjalnością – mozarellą i prosciutto), są nie do przecenienia. Włosi mają przy tym bardzo dobrą i rozbudowaną sieć dróg ekspresowych. Co prawda południe kraju słynie z szalonych kierowców, ale po kilku chwilach ten chaos na drodze zaczyna wydawać się uporządkowany i sam zaczynam jeździć, jak Włosi.


Pompeje robią wrażenie przede wszystkim swoimi ogromnymi ruinami miasta zasypanego 2000 lat temu przez popiół Wezuwiusza. W popiele zamarło miejskie życie, które dzięki temu dziś możemy przywołać w wyobraźni. Nawet ludzie, którzy uciekali przed żywiołem zastygli w dramatycznych pozach. Żeby dokładnie zwiedzić to miasto, które jest wręcz w nienaruszonym stanie, pozbawione jedynie dachów, trzeba przeznaczyć około czterech dni.


Można też zrobić wycieczkę na samego Wezuwiusza. Samochodem lub autobusem nie dojedziemy jednak na sam szczyt – wyprawę musi zwieńczyć około dwudziestominutowa wędrówka. Czy warto? Na szczycie naszym oczom ukaże się krater, lecz dodatkowych efektów w postaci dymu czy oparów siarki nie ujrzymy, ale za to będziemy mogli podziwiać piękny widok na Neapol.

Zatrzymuję się na kempingu Zeus (za nocleg płacę 16 euro) dosłownie u samych wrót ruin Pompejów. Z drugiej strony to miejsce bardzo praktyczne, bo kilka kroków od wyjścia znajduje się stacja kolejki dojeżdżającej wprost do Neapolu. A jazdy samochodem do tego miasta zdecydowanie odradzam, jeśli nie chcemy wrócić poobijanym wrakiem. W Neapolu kierowcy jeżdżą, jakby nie istniały żadne przepisy drogowe, a zaparkują nawet w najciaśniejszym miejscu – po prostu przesuwając zderzakami stojące po bokach samochody.


Ale niech to nas nie zniechęca do odwiedzenia Neapolu. Jak już jesteśmy w okolicach, grzechem byłoby nie pojechanie do tej tętniącej życiem metropolii. Włosi zwykli o niej mówić: najbardziej północne miasto afrykańskie.

Neapol został wybudowany na starożytnych ruinach. W piwnicach zwykłej kamienicy odkryto tu pozostałości starożytnego amfiteatru. Gdy zejdziemy do Neapolu Podziemnego (Napoli Sotterranea), odkryjemy inny świat. To tu narodził się Neapol. Niektóre korytarze pamiętają czasy sprzed 5 tys. lat. Później rozbudowano je, by służyły za sieć akweduktów. Liczą one około 170 km. W niektórych miejscach można zobaczyć płynące rzeki i jeziora. W czasie wojny służyły zaś mieszkańcom Neapolu jako schron, w którym zamieszkali na kilka miesięcy podczas bombardowań.


Kiedy już wyjdziemy na powierzchnię, warto zapuścić się w sieć wąskich uliczek i po prostu popatrzeć, jak Neapol tętni życiem. Warto też wstępować do licznych kościołów, nawet tych nie zachęcających swoim zewnętrznym wyglądem – w środku większość z nich zapiera dech w piersiach swoim architektonicznym kunsztem. Neapol to Europa inna, niż przywykliśmy. Wiem, że jak stąd wyjadę, będę tęsknił do tych miejsc.


I zapewne będę tęsknił też do włoskiej kuchni. W Pompejach jadłem najlepszą w życiu pizzę (4,50 euro) i najlepszego kurczaka z rożna opalanego belami pachnącego drewna. Danie składające się z całego kurczaka i dużej porcji pieczonych na rożnie ziemniaków kosztowało mnie tylko 7 euro. W Neapolu zaś syty obiad można zjeść za około 10 euro. A na deser – lody o niezapomnianym smaku. Ale nie wszędzie trafimy na te najlepsze. Wystarczy jednak dobrze poszukać, a znajdziemy lody czekoladowe o smaku bardziej czekoladowym od prawdziwej czekolady. Owocowe zaś – o aromacie najsoczystszych owoców. Porcja takich lodów to wydatek rzędu 1 euro.

Powrót

Z Neapolu od Warszawy dzielą mnie dwa dni drogi. Omijam oczywiście autostrady. Dzięki temu mogę podziwiać włoskie krajobrazy i wstępować do urokliwych miasteczek. Na noc zatrzymuję się w austriackich Alpach. Potem już tylko 1000 km do domu. Z godziny na godzinę widoki za oknem i, co za tym idzie, mój nastrój stają się coraz mniej wakacyjne. Warszawa wita mnie deszczem. Cóż, pogody Greków nie mamy, ale przynajmniej więcej zapału do pracy…

Piotr Koluch

Najnowsze Artykuły

WIĘCEJ PODOBNYCH

Jaki odkurzacz jest dobry i tani?

65 ODKURZACZY W TEŚCIE: Czy droższy znaczy lepszy? Okazuje się, że w przypadku odkurzaczy...

Jaki ekspres kupić?

31 EKSPRESÓW DO KAWY W TEŚCIE: Ekspres automatyczny czy kapsułkowy? A może ręczny? Jaki...